Strony

piątek, 26 czerwca 2015

One Shot - Nie zostawię cie samej dziś wieczorem

  To był ostatni rok moich studiów. Mimo zainteresowań związanych z muzyką jako kierunek prowadzący wybrałem inżynierię. Byłem trzeci semestr tutorem na wykładach z ekonomii. Gdyby nie obowiązek chodzenia na wykłady, na których było się tutorem nie chodziłbym tam. Jednak ekonomia nie cierpi stagnacji więc by być na bieżąco znowu siedzę na tych wykładach. Był jeszcze jeden powód dla którego zjawiam się na tych zajęciach. To piękna szatynka o piwnych oczkach. Jeśli wierzyć rozkładowi miejsc to miała na imię Laura Marano. Siedziała dwa rzędy przede mną z jakimś dupkiem Ryan'em Woods'em. Miałem uczulenie na takich dupków. W ogóle nie interesował się nią. Zakładałem, że są parą bo zawszę wchodzili razem do auli trzymając się za rękę. On był przykładem bogatego chłoptasia z przedmieścia. Wszystko w swoim życiu musi mieć idealne. Miał coś o co ja zadbałbym lepiej. To dla niej zjawiałem się na uczelni. W ciągu miesiąca popadłem w jakieś totalne szaleństwo. Podobno byłem bardzo utalentowany, a to za sprawą rodziców. Ojciec pracował w wielkiej firmie maklerskiej, a matka była profesorem sztuki. Tata nauczył mnie grać na gitarze. Od tego zaczęła się moja historia z muzyką. Później nauczyłem się grać na perkusji i pianie. Po matce odziedziczyłem talent do rysunku. Nigdy do tej pory nie rysowałem ludzi, głównie martwą naturę lub prace związane z moim kierunkiem. Jednak podczas jednego z wykładów mój wzrok znowu powędrował do Laury. Miała na sobie białą, koronkową sukienkę. Wyglądała jak anioł. Głowę oprała o pulpit i słuchała z zaciekawieniem wykładu. Doskonale widziałem jej prawy profil. Zacząłem ją szkicować, nie mogłem się skupić na niczym innym. Tak jakby cała sala zniknęła i została tylko ona. Chciałem uchwycić jej zamyślone oczy. Piękne, duże, brązowe oczy. Wiedziałem, że jest zakazanym owocem. Po pierwsze byłem tutorem, a ona studentką. Po drugie miała chłopaka, dupka ale chłopaka. Jeśli chodziło o nią zachowywałem się jak typowy stalker. Zawsze się rozglądałem gdy wchodziłem do pomieszczenia i szukałem jej wzrokiem. Nie wiem co to miałoby mi dać, ale ciągle to robiłem. Na wykładach nie odrywałem od niej wzroku. Doszło nawet do tego, że sprawdziłem jej Facebooka. To było mocniej niż chore. Widziałem jej zdjęcia z Woods'em. Byli parą od dwóch lat. Czyli poznali się tu, na uczelni. On był z Filadelfi, ona z LA. Pozwoliłem sobie na głupie wyobrażenia, że jestem z nią. Widziałem oczami wyobraźni jak pieszczę swoimi dłońmi, językiem jej piękne i jędrne ciało. Kurwa o czym ty myślisz Lynch? Każda taka wizja kończyła się jednym - bieganiem. Najczęściej starczało 5 km, jednak gdy miałem sny erotyczne z panną Marano potrzebowałem 10 km co najmniej. Prędzej czy później musiałem się wykończyć nerwowo. Na poniedziałkowym wykładzie miałem barzdiej niż kiedykolwiek  ochotę obić gębę temu kolesiowi. Zobaczyłem go jak w auli otwarcie flirtował z jakąś laską z bractwa. Cycata blondyna. Rozejrzałem się za Laurą, nie było jej jeszcze. W życiu bym tak jej nie zranił. Ale Ryan był sukinsynem. Krzywdził taką wspaniałą dziewczynę jak Laura.
- Może dzisiaj?
- Nie, dziś wychodzę z Laurą do kina.
- Kotku, długo zamierzasz to ciągnąć?- zagotowało się we mnie. Stało się jasne. Ten dupek ją zdradzał z jakąś lafiryndą z bractwa. Z trudem pohamowałem pięści przed zabiciem tego lalusia.
- Niedługo to skończę obiecuję. - w tym momencie zobaczyłem ją. Jak zawsze wyglądała zjawiskowo. Woods niestety w porę ją dostzrgł i odsunął się od blondyny. Ta niby tylko oddała mu długopis. W duchu toczyłem walkę. Wiedziałem, że Woods ją zdradzał, ale nie mogłem jej powiedzieć. Czułem się jak świnia. Co mam do niej podejść i powiedzieć: Cześć jestem Ross Lynch. Gapię się na ciebie od miesiąca, zachowuję się jak stalker. Ale nie martw się jestem niegroźny. A i twój chłopak posuwa cycatą blondynę z bractwa. To by było bardziej niż żałosne. W środę i w piątek nie musiałem przychodzić Sinclair robił im test i ćwiczenia na ocenę. Ja byłem zwolniony. Poszedłem do biblioteki. Szukałem książek potrzebnych do projektu badawczego z inżynierii. Musiałem wykonać jeszcze rysunki. Dobiegły mnie przekleństwa jednego z gościów, który klął bo komputer padł i stracił pracę. Chłopak próbował przywołać komputer do życia, ale nic to nie dało. Zazwyczaj nie podchodziłem do kolesi z bractwa. Wyglądałem pzry nich jak menel, nawet gorzej. Jednak zrobiło mi się go trochę żal. Między przekleństwami rzucał, że pracował nad tym od miesiąca. Podszedłem do niego.
- Coś się stało?
- Komputer...kurwa zaciął się. Staciłem pracę, pisałem ją miesiąc.
- Poczekaj.
Zacząłem  szperać w ustawieniach, a potem zrobiłem jeszcze kilka rzeczy by odzyskać jego pracę. Udało się. Te umijętności mogę zawdzięczać kursowi informatycznemu na jaki zapisałem się dwa lata temu.
- O kurde stary dzięki.
- Nie ma za co.
- Czekaj zapłacę ci. - sięgnął do kieszeni, lecz go powstrzymałem. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie trzeba. - odparłem.
- Czekaj, jutro w bractwie mamy imprezę. Wiesz alkohol i fajne laski, nie jest to impreza zamknięta, więc może wpadniesz? - chciałem odmówić, jednak spojrzałem na znak bractwa na jego bluzie. Taki sam na swojej bluzie nosił Woods. Co oznaczało, że na tej imprezie pojawi się również Laura.
- Ok przyjdę. - odpowiedziałem.

  Byłem idiotą to mogłem zdecydowanie powiedzieć,  przecież doskonale wiedziałem, że nawet jeśli tam pójdę to nic to nie zmieni. Ona nie była moja, i nie będzie. To co rodziło się we mnie było zakazane. Ona była uczennicą, a ja tutorem. Gdyby coś między nami się wydarzyło, to oboje byśmy się pożegnali z uczelnią. No, ale patrzeć na nią nikt mi zabronić nie może. Stałem w rogu pokoju gdy weszła z Wood'sem. Wyglądała cudnie w fioletowym kostiumie. Woods pociągnął ją w stronę kanap, gdzie siedzieli jego podchmieleni koledzy. Nie wiem co z nim było nie tak, ale w ogóle nie patrzył na Laurę. Tak jakby była tylko dodatkiem do niego. Nie trzeba było długo czekać, by zostawił ją samą. Siedziała na kanapie i popijała piwo. Była smutna. Rozejrzałem się za Ryan'em, ale ten gdzieś zniknął. To była idealna okazja by do niej podejść. Chociaż kilku śmiałków próbowało, ona wszystkich spławiała. Nie chciałem być jednym z nich, jednak nie chciałem tu również stać jak kołek i spławiać dziewczyny. Nim dotarło do mnie co się dzieje, stałem przed nią. Podniosła na mnie te swoje piękne, brązowe oczy, a ja zwariowałem.
- Kim jesteś? - zapytała.
- Wolne? - nie wierzyłem, że to właśnie jej powiedziałem, jak jakiś debil. Skinęła głową, a ja przysiadłem. Kanapa była niewielka, więc nasze uda się stykały. Od razu przeszył mnie prąd, a krew spłynęła w jedno miejsce.
- Jesteś sama? - zapytałem.
- Z chłopakiem.
- I siedzisz tu sama?
- Musiał gdzieś iść z kolegami.
- Szkoda.
- Czego ty chcesz? - zapytała ostro.
- Niczego.
- Mój chłopak zaraz wróci. - wiedziałem, że to aluzja bym sobie poszedł. Zabolało jak cholera. Podniosłem się i spojrzałem na nią.
- Miłej zabawy. - powiedziałem.
- Dziękuję. - uśmiechnęła się szczerze, a mnie serce uderzyło mocniej. Wyszedłem na zewnątrz.

  Na dworze panował spokój. Zgiełk i gwara imprezy zostały za mną. Wyciągnąłem papierosa, musiałem zapalić. Powiedzieć o mnie debil, to za mało. Jak mogłem do niej podejść? Jak? Przecież ona ma chłopaka. Dupka, ale chłopaka. Poza tym dla mnie jest zakazana. Powinienem znaleźć sobie kogoś, kto nie podlega układowi student-tutor. Przecież takich dziewczyn jest mnóstwo, ale ja musiałem wybrać tą, która jest pod każdym względem zakazana. Dym papierosa, rozszedł się po moich płucach. Poczułem spokój. Tak, muszę dać sobie z tą laską spokój. Tylko jak? Była taka śliczna, delikatna, kobieca ... idealna. Już miałem iść w stronę samochodu, gdy zobaczyłem wybiegającą Laurę z budynku. O mało na mnie nie wpadła. W słabym świetle latarni mogłem stwierdzić, że płakała. Chociaż rozum mówił bym za nią nie biegł. To jednak, serce było innego zdania. Ruszyłem za nią. Dogoniłem ją na skraju parkingu. Siedziała na krawężniku, głowę miała ukrytą w dłoniach. Cała się trzęsła. Usiadłem koło niej. Próbowałem ją przytulić, ale odskoczyła jak oparzona. W sumie co się mam dziwić. Jakiś obcy facet, próbuje ją dotknąć na ciemnym parkingu. To i tak dobrze, że nie zaczęła wrzeszczeć.
- Co robisz?! - zapytała ostro.
- Widziałem...widziałem jak wybiegasz z budynku.
- I?!
- Spokojnie, nie chciałem ci nic złego zrobić. Po prostu nie powinnaś włóczyć się po ciemnym parkingu sama, to niebezpieczne.
- A ty jesteś bezpiecznym rozwiązaniem. - cała była zapłakana, z trudem powstrzymywałem rękę by nie zetrzeć tych łez z jej twarzy.
- Chyba bezpieczniejszym niż jakiś inny nawalony student, lub siedzenie tu samej.
- Odczep się. Jesteś taki sam jak i inni.
- Spokojnie pracuje w straży studenckiej, więc ci nic nie zrobię. - przyjrzała mi się uważnie.
- Ty zawsze śpisz na wykładach z ekonomii. - powiedziała, a ja mimowolnie się roześmiałem. Gdyby wiedziała kim jestem.
- Może to i tak wygląda.
- Bo wygląda.
- Co się stało? - na te słowa znów się rozpłakała, miałem ochotę dać sobie w mordę.
- Cóż najkrócej mówiąc, właśnie dowiedziałam się, że jestem totalną idiotką.
- Nieprawda.
- Nie znasz mnie. Mój chłopak na górze zabawiał się z jakąś blond lafiryndą, podczas gdy ja byłam na dole. Jak inaczej to nazwać?
- To on jest idiota, że cię wypuścił.
- Znalazł sobie kogoś lepszego.
- Nie, i przekona się wkrótce o tym. Tamta dziewczyna to tylko przygoda. Takie jak ty już nie.
- Dla was facetów to źle.
- Tylko dla takich jak twój chłopak. Nie wszyscy są tacy.
- Tak? Jakoś nie zauważyłam.
- To tak jakbyś powiedziała, że wszyscy faceci zdradzają.
- A tak nie jest?
- Nie. Też mogę powiedzieć, że wszystkie dziewczyny zdradzają swoich facetów, a przecież tak nie jest.
- Masz mnie za żałosną, no nie? Ryczę i narzekam, jestem po prostu beznadziejna.
- Nieprawda. Są rzeczy za którymi warto płakać, a są takie na które nie warto marnować łez. Za nim nie warto.
- Ale ja go kocham. - rozpłakała się bardziej.
- Tak ci się tylko wydaje.
- Wracam do domu. - podniosła się, lecz ją zatrzymałem.
- Jak chcesz wrócić?
- Nie...nie wiem...przyjechałam z Ryan'em...może...może pójdę pieszo...to niedaleko. - załkała,
- Żartujesz? Jest już po pierwszej. To zbyt niebezpieczne.
- Dam radę.
- Odwiozę cię.
- Nie! - odpowiedziała spanikowana.
- Tak.
- Nie musisz...ja sama.
- Boisz się ze mną jechać? - zapytałem.
- Nie znam cię.
- Chyba już ci udowodniłem, że nie jestem groźny. Siedziałaś tu ze mną i nic ci nie zrobiłem.
- Tak, ale co innego wsiąść z tobą do samochodu.
- Kto powiedział, że będziemy jechać samochodem? Chodź.

  Musiałem sie nieźle wysilić, by w ogóle chciała wsiąść na mój motocykl. Śmiać mi się chciało z jej miny gdy zobaczyła motor. Prawie dwadzieścia minut, kłóciliśmy się o to czy wsiądzie czy nie. W końcu udało  mi się ją tam posadzić. Był tylko jeden minus, jazdy motorem. Całą drogę się do mnie przytulała, a mi krew spływała w jedno miejsce. To i tak dobrze, że dowiozłem ją w jednym kawałku.
- Widzisz, nie zabiłem cię. - uśmiechnęła się.
- I tak się cieszę, że stoję wreszcie na ziemi. - oddała mi kurtkę.
- Dziękuję. - powiedziała cicho.
- Nie ma za co.
- To ja...już pójdę. Cześć.
- Czekaj! - krzyknąłem. Odwróciła się.
- Naprawdę nie masz za czym płakać Lauro, będzie dobrze. - spojrzała na mnie zdziwiona, i pobiegła biegiem na górę.

  Gdy w środę przyszedłem na wykład nie zdziwiło mnie, że nie ma Laury. Widziałem przecież w sobotę, że bardzo kochała tego dupka. Dziwiło mnie tylko to, że Woods zachowywał się tak jakby nic się nie stało. Ciągle mizdrzył się z cycatą blondyną, albo innymi panienkami. Wszystkim dookoła rozpowiadał, że rzucił Laurę bo była słaba w łóżku. Miałem go ochotę zmieść z powierzchni ziemi. Gdy nie przyszła na kolejny wykład zacząłem się martwić. Chciałem pojechać do niej i sprawdzić, czy wszystko w porządku, ale to było niezbyt dobrym posunięciem. Byłem obcym dla niej facetem. Codziennie jak szaleniec rozglądałem się po kampusie szukając jej. Gdy nie przyszła na egzamin śródsemestralny wiedziałem, że zrezygnowała. Przez niego.

  Starałem się wrócić do normalnego życia, jednak jak szaleniec ciągle ją szkicowałem. Radosną, roześmianą, smutną, zamyśloną, zapłakaną. Miałem mnóstwo jej szkiców. Mój umysł wciąż pracował na najwyższych obrotach. Wyobrażałem sobie, że staje przed jej drzwiami, a ona mówi, że zawsze to mnie chciała. Później w dość plastyczny sposób wyobrażałem sobie jak jej pokazuje, że jest dla mnie wyjątkowa. Chyba powinienem się leczyć.
Pojawiła się dopiero po miesiącu od zerwania z Woods'em. Siedziałem już na swoim stałym miejscu gdy weszła do sali. Najpierw spojrzała na miejsce koło tego śmiecia, a potem spojrzała na wolne miejsce koło mnie. Tak bardzo chciałem by koło mnie usiadła. W napięciu czekałem na jej decyzje. W końcu zbiegła po schodkach i usiadła trzy rzędy niżej koło gościa, który chyba wiecznie cierpiał na senność. Chodził na moje zajęcia i tam również spał.  Byłem rozczarowany, ale potem do mnie dotarło. Nie chciała mnie znać. Nie chciała mnie znać bo widziałem jej upokorzenie, widziałem ją w najgorszej chwili jej życia. Chciała się odciąć od wydarzeń tamtej nocy, czyli ode mnie również. Cały wykład ją obserwowałem, była spięta. Przez dłuższą chwilę patrzyła na Woods'a, a później odwróciła się i spojrzała na mnie. Jedno, krótkie spojrzenie, a wystarczyło by mnie całego pobudzić.  To było jedyne spojrzenie jakim mnie uraczyła. Źle się czułem z tym, iż powiązała mnie z tym bydlakiem. Nie byłem nim, nie byłem takim jak on. Nigdy nie zabawiłem się, w tak brutalny sposób dziewczyną. No może nie byłem święty, też miałem wiele na sumieniu. Kiedyś stałym elementem były w moim życiu panienki na raz i narkotyki, ale skończyłem z tym. Teraz byłem innym człowiekiem, takim który by się nią zaopiekował.
 
  Po południu pracowałem w Starbucksie, chwytałem się każdej dodatkowej pracy, tu pracowałem na 3/4 etatu. Jak każdego dnia było tłoczno. Większość studentów uzależniona jest od kofeiny. Wciąż zastanawiałem się po co Collins zawołał Laurę. Miałem nadzieję, że nie wywali jej bo nie przyszła na egzamin. Znałem go od wileu lat i wiedziałem, że jest równym gościem. Może da jej szansę, a może Laura przyszła tylko powiedzieć, że rezygnuje. Powinien chyba jej wysłać przypomnienie, że może się wycofać z zajęć do jutra. Jeśli tego nie zrobi to Collins będzie musiał ją oblać. Evelyn zawołała mnie:
- Ross przynieś worek kawy!
- Już się robi. - na zmianie pracowałem zawsze z Evelyn, studentką ostatniego roku medycyny i Stephanie gotką, która była na drugim roku malarstwa. Wróciłem do sali, gdy dosypywałem kawę do ekspresu, usłyszałem rozmowę dwóch dziewczyn. Jedna z nich była ruda i nosiła bluzę bractwa, druga była blondynką, całkiem ładną.
- Ależ z niego dupek. Szlaja się z jakimiś laskami po uczelni.
- A byli przecież taką dobrą parą.
- Najchętniej to bym mu jaja wyrwała. jak on mógł tak skrzywdzić Laurę.
- Właśnie, jak ona się czuje?
- Kiepsko, wciąż za nim ryczy. Wiem jednak, co ją z niego wyleczy.
- Co?
- Inny facet.
- Żartujesz? Ona się z nikim nie umówi, na siłę.
- Przecież nie mówię, że na siłę ja zmuszę. Umówi się z kimś  na kogo leci.
- Woods chyba już jej nie chce.
- Nie mówię o nim. Laura opowiadała mi o takim jednym blondynie.
- Tak?
- No, podobno zaczepiał ją na imprezie, a potem ją pocieszał. Był bardzo przystojny, wiesz taki typ niegrzecznego chłopca.
- Jak się nazywa?
- Nie wiem. Laura go nie zapytała, mówiła tylko jak wygląda. Znam z widzenia tylko jednego gościa, który wygląda jak niegrzeczny chłopiec i ma cudną blond czuprynę oraz pracuje w straży studenckiej.
- Tak?
- Yhym. Laura potrzebuje teraz seksu bez zobowiązań, a będzie jej do tego potrzebny chłopak, który tu pracuje.
Więcej nie usłyszałem. Podeszły by złożyć zamówienie. Zastanawiałem się czy mógłbym być dla Laury, kimś takim jak opisywały mnie jej koleżanki. Czy mógłbym ją tylko pieprzyć? Być jej odskocznią? Nagle zdałem sobie sprawę, że o niczym innym nie marzę.

  Nie zdzwiło mnie gdy Collins chciał, bym pomógł nadrobić Laurze zaległości. Napisałem do niej maila. Próbowaliśmy się umówić na jakiś konktertny termin, ale nie mogliśmy nic znaleźć. Napisałem jej, że jestem Shor. Zresztą tak przedstawił mnie Collins. On znał mnie z czasów jeszcze kiedy, wszyscy w domu tak do mnie mówili. Przez kolejne tygodnie z nią mailowałem. Ba posunąłem się nawet do flirtu. Sporo mi mówiła o sobie, o tym jak zerwała z Ryan'em, jak byli razem. Wyczekiwałem wiadomości od niej. Powinienem powiedzieć jej, że ja i chłopak z imprezy to ta sama osoba, ale ona lubiła Shora, a Ross'a nie. Chciałem by chociaż jeden z nas miał z nią kontakt. Chociaż jako Shor, nie mogłem z nią być. Byłem jej tutorem, a ona była dla mnie czymś zakazanym. To jednak Ross już mógł chyba działać.
  W piątek zjawiała się w Starbucksie. Była zaskoczona, że mnie widzi. Zamówiła latte, a ja na kubku napisałem jej swój numer. Wieczorem dostałem wiadomość
Hej, co robisz?
L.M

Szkicuje mojego kota Franklina. Skubaniec nie chce mi pozować.

To szkicowaniem zajmujesz się na wykładach Collins'a? 

Czemu tak myślisz? xD Czyżby aż tak było widać, że go nie słucham? :P

Nigdy go nie słuchasz. Zawsze coś bazgrzesz na kartce :P

Obserwujesz mnie? :O

Nie! 

To skąd wiesz co robię na wykładzie? Siedzisz przede mną :D

Nie obserwuję cię :D Nie pochlebiaj sobie. Chciałem ci podziękowac, z a tamtą noc.

Nie ma za co, wszystko w porządku?

Tak.

Co robisz?

Siedzę sama w pokoju. Współlokatorka ma imprezę w bractwie.

Mogę wpaść?

Jasne, ale po co?

Chcę cię naszkicować.

Czekam ;)
Pół godziny później stałem pod jej drzwiami. Gdy mi otworzyła już chciałem zawłądnąć jej ustami. Miała na sobie obcisłe dżinsy i biały t-shirt na ramiączka.
- Jesteś pewna, że chcesz bym cię narysował? - rzuciłem kurtkę na łóżko. Ciągle mi się przyglądała.
- Tak. Gdzie mnie chcesz? - oblała się rumieńcem. Pomyślałem, że mogę ją posiąść wszędzie.
- Łóżko?
- Ok.  - usiadła, a ja  usiadłem na podłodze przy ścianie.
- Połóż się na brzuchu i podłóż ręce pod brodę. - szkicownie jej to była największa tortura jaką w życiu przeszedłem. szybko wyobrażałem sobie, że przejeżdżam palcami po jej pięknym ciele, że ona drży i wygina się pod moim dotykiem. Spojrzałem na nią, zamknęła oczy. Ukląkłem przed nią.
- Tak cię znudziłem?
- Nie.
- Mogę cię inaczej upozować?
- Tamten nie wyszedł?
- Już go skończyłem, chcę narysować kolejny.
- Proszę.
- Połóż się na plecach. - gdy to zrobiła, usiadłem na skraju łóżka, Uniosłem jej ręce nad głowę, i skrzyżowałem. Wpatrywała się w e mnie tymi swoimi brązowymi oczami. Z trudem udało mi się skończyć ten szkic.
- Co zrobisz z tymi rysunkami?
- Skończę je i powieszę nad łóżkiem. - zdziwiła się.
- Wiem, że Shor i ty to ta sama osoba.
- Skąd?
- Joey mi powiedział.
- Nie powinienem tu przychodzić. Joey to twój sąsiad na ekonomii?
- Yhy.
- Jestem twoimi tutorem.
- Shor nim jest.
- Shor i Ross to jedna osoba.
- Ja chcę tylko Ross'a. - wyszeptała.  - Masz rację obserwuję cię.
- Laura?
- Tak?
- Mogę cię pocałować? - gdy się zgodziła. Wspiąłem się na nią. Musnąłem wargami jej usta. Były ciepłe, i słodkie. Zaczęła się pode mną wić. Obcałowałem kontur jej ust, a potem wsunąłem język między jej wargi. Jęknęła wtedy wsunąłem rękę pod jej bluzkę i ucisnąłem jej pierś. Nagrodziła mnie kolejnym jęknięciem.

 Od tamtej pory byliśmy nie rozłączni. Przychodziła do mnie co wieczór. Nie przekroczylismy granicy, w której bym była w niej, ale niebezpiecznie się do niej zbliżaliśmy. Ostatnio kazałem jej powiedziec stop, gdy wsunąłem w nią palce. Była tak cholernie, ciska i mokra. Z dnia na dzień coraz bardziej się w niej zakochiwałem.  Niestety gdy wychodziła ode mnie jednej nocy, zobaczył nas Collins. Wynajmowałem u niego pokój nad garażem. Odwiozłem Laurę pod akademik.
- Czyli to koniec? - zapytała.
- Tak. - odpowiedziałem, a ona odwróciła się poszła do domu.
Gdy wróciłem Collins wezwał mnie do siebie nic, nie dało mówienie, że ja kocham. Powiedział, że będzie mnie krył, chociaż powinienem zostać wydalony z uczelni. Musiałem się z nim zgodzić i zaniechać jakiegokolwiek fizycznego konatktu z Laurą.
Pomogłem jej jako Shor zaliczyć ekonomię, do końca roku widywałem ją w kampusie, ale niegdy do niej nie podszedłem. Pakowałem się właśnie, miałem jechac do ojca na wakacje. Usłyszałem, że ktoś puka do mych drzwi. Zaskoczyło mnie, że ona tam stała. Była cała zmoknięta.
- Co tu robisz?
- Ross. Ja...
- Laura, już nie jestem twoim tutorem, ale nie chcę byc twoją odskocznią.
- Ja też tego nie chcę. Chcę być twoja. - wciągnąłem ja do środka. Przycisnąłem do ściany. Pocałowałem ją mocno, jęknęła. Objęła mnie, a ja podniosłem ja do góry. Od razu zaplotła nogi wokół moich bioder. Zniosłem ją do pokoju i rozebrałem.
- Tego chcesz? - pokazałem  na srebrny pakiecik.
- Chcę ciebie. - odpowiedziała.
Pocałowałem ją lekko. Moja koszulka już leżała na podłodze, tak samo jak jej spodnie i sweter oraz buty. za chwilę dołączył tam stanik i majtki oraz moje spodnie.   Była tak cholernie piękna i moja. Zakazana, ale moja. Zacząłem całować jej szyję, ona wplotła ręcę w moje włosy. Objąłem ustami jej brodawkę, a ona w cudowny sposób się wygięła. Gdy w nią wchodziłem, wyszeptałem:
- Kocham cię.
- Ja kocham was obu.

Miałam już dawno to dodać, temat zakazana miłość i słodkie opowiadanie z Raurą, Wiem, że drugi temat był od Pinni Pay. Mam nadzieję, że się wam shot spodoba. Jeśli chodzi o rozdział, to nie wiem kiedy będzie, ponieważ znowu zostałam nominowana do TB. Ja nie nominuje nikogo :) Do zobaczenia :)
Delly :)





czwartek, 4 czerwca 2015

Rozdział ósmy - " Nie mogę myśleć, że ciebie kiedykolwiek stracę."

W poprzednim rozdziale:
- Zostaniesz moją pierwszą przyjaciółką? - Laura zatrzymała się i spojrzała na niego. Widziała po nim ile trudu kosztowało go to pytanie.
- Jeśli skończysz się upijać i mnie obmacywać to tak. - uśmiechnęła się. On pochylił się nad jej uchem.
- Pierwsze mogę ci obiecać, z drugim zobaczę.
- Panie Lynch! - szturchnęła go.
- Dobra, a teraz mam ochotę na loda. A ty? - Lau oblała się rumieńcem.
- Zależy o jaki rodzaj loda ci chodzi. - wyszeptała. Czuła, że zaraz zapadnie się pod ziemię. 
- O zwykłą wanilię. Chodź. - wyszli razem z sądu.


  Od rozprawy minęło dwa tygodnie. Sporo się w tym czasie zmieniło w życiu Laury. Gdy Ross proponował jej przyjaźń mówił poważnie. Od tamtej pory bardzo często spędzała z nim czas. W rozmowie nigdy nie mówili o przeszłości, o tym co było wcześniej. Zauważyła, że Ross starannie unika tego tematu. Za każdym razem gdy próbuje poruszyć tą kwestię, on skutecznie zmienia tok rozmowy. Cóż w końcu zrozumiała, że nie powinna na niego naciskać. Najwidoczniej nie ufał jej na tyle by jej wszystko wyznać. Już w niepamięć poszło jego chamskie zachowanie na początku ich znajomości. Miała teraz inny problem. Była jego przyjaciółką, ale on jej się podobał. Ostatnie dwa tygodnie na dodatek sprawiły, że już nie tyle ją pociągał co był obiektem jej uczuć. Zdała sobie z tego sprawę jak ostatnim razem odwoził ją do domu.
- Może w piątek zrobimy sobie mały seans filmowy? - zapytała.
- Seans? - spojrzał na nią z rozbawieniem.
- Yhy.
- Wieczorem?
- No raczej.
- U ciebie? - już słyszała w jego tonie zbereźne aluzje.
- Skoro ja zaproponowałam to raczej u mnie.
- Piątkowy wieczór mam spędzić z tobą na kanapie?
- Oglądając film. -dokończyła.
- Ej!
- Co?
- Psujesz moje fantazje. - jej serce jak na zawołanie zaczęło bić mocniej.
- Fantazje? - prawie to wydyszała. Niestety Ross to zauważył. Spojrzał na nią i jego wzrok ściemniał.
- Owszem.
- Jakie?
- Jak zawsze jest pani ciekawska panno Marano. Wie pani, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? - powiedział niskim, lekko chrapliwym tonem.
- Może nie jestem aniołem, tylko niegrzeczną dziewczynką? - jej głos na pewno był o oktawę wyższy. Nagle w samochodzie zrobiło jej się potwornie duszno.
- Szlag! - uderzył ręką w kierownicę i dodał gazu.
- Ross? - spytała niepewnie, Nie wiedziała co się stało.
- W piątek nie mogę przyjść. - odparł. Wtedy poczuła ucisk w sercu. To była irracjonalna reakcja. Przecież nie musiał być na każde jej zawołanie. Jednak jego odmowa zabolała.
- Lauro, jesteśmy przyjaciółmi. Nie chcę tego schrzanić. Nie znam się na przyjaźni, ale...przyjaciele chyba tak się nie zachowują.
- Przepraszam. - wyszeptała.
- Nie przepraszaj, tylko następnym razem mnie powstrzymaj.
- Powstrzymaj przed czym?
- Uwierz mi Lauro, gdybym nie prowadził to zapewne zerwałbym z ciebie ten paskudny sweterek i bawił się z tobą na milion sposobów. - zacisnął mocno usta.
- Och. - tylko tyle była w stanie powiedzieć.
To było kilka dni temu. Zauważyła, że Ross coś znowu przed nią ukrywa. Wykręcał się z kolejnych spotkań. Nie powie, to bolało. Było to tak irracjonalne uczucie, wręcz wariackie. We wtorek jak co dzień przyszła do pracy. Doznała szoku gdy weszła do kancelarii. Na biurku sekretarki siedziała ładna szatynka, a między jej nogami znajdował się Ross. Poczuła się tak jakby przeżyła deja vu. Już kiedyś widziała go między nogami innej kobiety. Do tej pory jej się to śni. Jest tylko jedna mała różnica. Przeważnie między jej nogami stał.
- Och! - krzyknęła. Od razu brunetka i Ross odwrócili się. Z ulgą zauważyła, że na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie. Jego partnerka pospiesznie poprawiała ubranie.
- Laura? - zapytał.
- Ja...ja pójdę do kuchni. - wydukała.
- Czekaj. Poznaj naszą nową sekretarkę. Courtney to Laura, Laura to Courtney.
- Hej. - powiedziała Court.
- Dzień dobry.
- Ross dużo o pani mówił.
- Doprawdy? - chyba za dużo wlała w te słowa sarkazmu, bo Ross na nią dziwnie spojrzał.
- Tak, cieszę się, że będę z panią pracować.
- To ja wezmę się do pracy. - zniknęła w kuchni. Po chwili zjawił się tam Ross.
- Laura?
- Co? - odwróciła się.
- Dobrze się czujesz?
- Tak, czemu pytasz?
- Bo...wyglądałaś dość dziwnie gdy...
- Zobaczyłam cie między jej nogami? Fakt powinnam przywyknąć.
- Przepraszam, nie sądziłem, że przyjdziesz wcześniej.
- Zamieniasz tą kancelarię w burdel?
- Lauro! - podniósł głos,
- Wiesz wolę się dowiedzieć, ile jeszcze dziwek tu będzie.
- Lauro dość! Courtney to moja dziewczyna.
- Gratulację. - czuła tak cholerną zazdrość, że miała ochotę mu przywalić.
- Ona jest inna niż Kate.
- Dobrze wiedzieć.
- Laura ja nie mogę być sam i tak...
- Co?
- Nie sypiam już z klientkami.
- Ross nie musisz mi się tłumaczyć. To twoje życie. Ty się z nimi pieprzysz nie ja. Jak dla mnie to możesz mieć ich cały harem.
- Jestem monogamistą.
- Hahahah, jakoś mi to umknęło.
- Dobra, zdradzam pasuje?
- Wiesz co Lynch, współczuje im.
- Czemu?
- Bo one myślą, że są dla ciebie wyjątkowe, a ty traktujesz je jak gówno. Pieprzenie i nic więcej. Mam rację? - spuścił wzrok i chwilę milczał.
- Masz, ale to moje życie panno Marano i mój wybór.
- Owszem, ale ja nie chcę patrzeć na to jak ją pieprzysz.
- Już nie zobaczysz. - powiedział i wyszedł.

  Stormie jak co dzień szykowała śniadanie dla męża. Taka była jej rola, bycia żoną idealną. Zawsze u boku męża, zawsze mu przytakiwała. Ostatnio często się zastanawiała gdzie ją to zaprowadziło. Gdyby mówiła co myśli może uratowałaby rodzinę. Teraz straciła syna. Doskonale wiedziała jak skrzywdziła Ross'a. Nie raz widziała w jego oczach nienawiść. Obydwoje z Mark'iem starali mu wynagrodzić te lata  krzywd, jednak on nie zwracał uwagi na ich starania. Dawno temu ich przekreślił. Bała się tylko jednego. Jego zemsty, Czuła, że własny syn chce ją zniszczyć, wykończyć. Poniekąd nie dziwiła mu się. Sama sobie była winna. Skrzywdzili go, więc on ma prawo się mścić. Chociaż marzyła by wreszcie do niego dotrzeć, by naprawić te lata krzywd. Tylko czy to jeszcze możliwe? Obawiała się, ze niestety już nie. Do kuchni wszedł Mark. Ucałował ją jak każdego ranka w policzek, a potem usiadł przy stole. Zaczął przeglądać gazetę, która rano przyniosła.
- Ryland już wyszedł? - zapytał.
- Dziś tu nie nocował. Był u Savannah. - podała mu jajecznicę.
- Trzeba będzie coś z tym zrobić.
- To znaczy?
- Nie są zaręczeni, więc gówniarz powinien nocować w domu.
- Mark tacy są teraz młodzi. - mężczyzna podniósł wzrok z nad gazety.
- Stormie, a wyobrażasz sobie jaki byłby skandal gdyby on zrobiłby jej dziecko. Bo chyba nie myślisz, że on tam grzecznie śpią.
- Myślę, że Ryland jest na tyle dorosły,że wie co robi.
- Myśli fiutem, nie głową. To dla ciebie dorosłość? Pogadaj z nim.
- Dobrze. - westchnęła.
-  Wystarczy mi, że mam dwoje dzieci, które zachowują się jak dziwki.
- O czym ty mówisz Mark?
- O Rydel. Wczoraj znowu była na kacu. Rocky widział ją puszczającą się w klubie.
- Mark tylko jej nie zwalniaj.
- Stormie, ona psuje reputacje kancelarii i naszej rodziny.
- Wiesz, że ona totalnie się stoczy jak ją zwolnisz. Wtedy popsuje naszą reputację. Poza tym Ross...
- Ta kolejna męska dziwka. Gdyby nie on to już bym odesłał ją na odwyk.
- Nie zadzieraj z nim.
- Nie jestem głupi. Wiesz, że ma kolejną sukę?
- Mark! - upomniała go.
- Ta ma na imię Courtney. Zamienia mi kancelarię w burdel.
- Może ona na niego jakoś wpłynie. - powiedziała Stormie.
- Wątpię. On ma na nie zbyt duży wpływ.
- Poznałeś ją?
- Wczoraj. Wydaje się być milsza niż Kate.
- Przynajmniej je teraz poznajemy. Może przyszedł by z nią na obiad do nas?
- Stormie, on żadnej z nich do nas nie przyprowadzi. Nie wiem co on z nimi kombinuje, ale te jego związki są jakieś dziwne.
- Czemu?
- Te dziewczyny myślą tak jak on im powie. Nie wiem, ale jest coś w tym dziwnego.
- Musimy mieć nadzieję, ze ktoś do niego dotrze.
- Musimy mieć nadzieję, że on nas nie zniszczy, Stormie.

  Ostatni raz Mark urządził taką szopkę jak ona przyszła do pracy. Teraz znowu stali w holu, a Mark przedstawił nowych członków załogi. Prócz Courtney, która teraz stała u boku Ross'a, do załogi dołączył Brandon Mack, młody prawnik. Laura musiała przyznać, że był bardzo przystojny. Kręcone, ciemne włosy dodawały mu uroku. Była ciekawa jak poradzi sobie w nowej pracy. Zauważyła, że Ross ją obserwuje. Pierwszy raz zapragnęła być ładną, taką piękną jak Courtney. Wtedy to ona stała by u boku Ross'a. Coraz bardziej czuła, że jej wygląd stanowi przeszkodę do szczęścia. Bała się, że skończy jako stara panna z kotami. To była przerażająca wizja.
- Przedstawiam wam nowych członków naszej załogi. - zaczął Mark. - To nasza nowa sekretarka Courtney Eaton.
- A co się stało z Kate? - zapytał Riker. Ross od razu zmroził go wzrokiem.
- Kate...musiała odejść. - odpowiedział nieco zmieszany Mark.
- Czemu?
- Riker. - odezwał się Ross. Jego ton był wręcz lodowaty. Nawet Laura poczuła ciarki na skórze. Riker spojrzał na Ross'a, a potem spuścił głowę i zagryzł wargę.
- Do naszej ekipy dołącza również nowy prawnik Brandon Mack.
- Cześć. - chłopak pomachał wszystkim. Sprawiał wrażenie sympatycznego. Był także przystojny. Laura widziała jak Rydel i Courtney mierzą go wzrokiem, zresztą ona nie była lepsza. Kątem oka dostrzegła reakcję Ross'a. Wpatrywał się w niego zimnym wzrokiem.
- Liczę, że się dogadacie. - powiedział Mark. - Brandon będziesz dzielił gabinet z Rocky'm. A teraz zabierajcie się do pracy.
Wszyscy się rozeszli, tylko Brandon został. Lau weszła do kuchni musiała pozmywać filiżanki z gabinetu Mark'a. Brandon wszedł za nią.
- Cześć, jestem  Brandon Mack.
- Cześć, Laura Marano.
- Długo tu pracujesz?
- Trzy miesiące.
- Jak tu jest?
- Raczej jest ok.
- Raczej?
- Wiesz jak wszędzie są spięcia.
- Sporo wiesz jak...
- Jak na sprzątaczkę.
- Nie to chciałem powiedzieć.
- Jasne.  - westchnęła.
- Skoro tyle wiesz to może powiesz mi na kogo mam tu uważać?
- A wtedy nie będzie za prosto?
- Mam uważać na tego blondyna, prawda?
- Którego? - nie uniosła się pytać, by wiedzieć o którego chodzi.
- Nie chodzi mi o Riker'a.
- Ross.
- Właśnie, chyba na niego powinienem uważać.
- Owszem powinieneś. - do kuchni wszedł Ross. Laura prawie podskoczyła.
- Dobrze wiedzieć. - odparł Brandon.
- Powinieneś także być w gabinecie u Rocky'ego i brać się do pracy, za to ci płacimy, nie za gadanie z Laurą.
- Ma pan racje, panie Lynch.
- Chyba wie jak tam trafić.
- Owszem. - wyszedł z kuchni. Ross chwilę stał i patrzył na Laurę.
- Nie rób głupot Lauro. - powiedział.
- Co masz na myśli? - warknęła. Nic nie mogła poradzić na to, że ją irytował.
- Przecież widzę, jak na niego patrzyłaś.
- Co?! O to ci chodzi?
- Wiem, co chcesz zrobić i wiedz, że nie powinnaś...
- Czyli ty możesz być z nią, a ja mam żyć jak zakonnica?!
- Laura...
- No co, nie mówię jak jest. Ty zmieniasz laski jak rękawiczki, a ode mnie wymagasz samotności. To nie jest przyjaźń.
- Laura, o Boże. To nie tak. Ja nic nie wiem o przyjaźni...
- Gówno mnie to obchodzi. Przyjaźń to nie dyktowanie warunków,
- Ja po prostu...ja...nie mogę myśleć, że ciebie kiedykolwiek stracę. - Laura odwróciła się do niego. Ucisk na sercu był jeszcze mocniejszy. Cholera czemu on musiał jej tak wszystko utrudniać. Włazić w jej życie i zmieniać wszystko wokół. Był jak zakazany owoc. Pragnęła go, ale wiedziała, że nie może tego robić.
- Wyjdź. - powiedziała oschle.
- Lau...
- Ross wyjdź! - podniosła głos. Spojrzał na nią ostatni raz i wyszedł.

  Siedział w barze. Pierwszy raz mu tak zależało. Nie wie co takiego w niej było, ale była inna i to wystarczyło. Miała rację trzymał ją na uwięzi. Sam jej nie mógł mieć, ale nie chciał by ktoś inny... Nie mógł nawet o tym myśleć, że ją straci. Gdyby nie był takim popieprzonym gościem, który jest bez serca może wtedy... to było marzenie. Wiedział jednak, że chce ją czcić, a nie poniewierać jak Courtney. Laury nie może tak potraktować. Ona...po prostu nie pasuje do jego życia. Zobaczył brunetkę siedzącą bo drugiej stronie baru. Do złudzenia przypominała Laurę, nie miała tylko tych brzydkich, ale jednak zajebistych ubranek. Wyglądała jak normalna laska. Podniósł się i podszedł do niej. Spojrzał na prawie skończony drink i postawił jej kolejnego.
- Mam wolny wieczór. - nachylił się do jej ucha. - Może chcesz mi potowarzyszyć?
Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, jednak po chwili seksownie się uśmiechnęła. Przyjął to za zgodę.

***
Cześć miśki ♥♥♥ No i wróciłam z rozdziałem na Just Love Me. Znowu przeproszę za tak długie czekanie. No ale dorosłe życie jest do bani. Teraz pracuje od 13 - 21 i nie ma  czasu pisać. To co wyskrobałam to w wolnym czasie przed pracą, a mam go niewiele. No cóż, chyba nie poddam się tak łatwo. Przecież chcecie przeczytać całą historię Raury zarówno tu jak i na Kopciuszku, chyba, że się mylę. Właśnie tych, którzy nie czytali, zapraszam na 20 rozdział na moim chyba popularniejszym blogu :D





niedziela, 17 maja 2015

Kiepski moment na miłość

To nowa historia, którą tworzę. Nie jest to ff, proszę was o opinię. Wiem, że to dopiero pierwszy rozdział, ale myślę, że go ocenicie. Miłej lektury ♥


Rozdział 1
Keira

Przez zasłony, zaczęło wdzierać się światło. W pokoju robiło się coraz jaśniej. Nie cierpiałam poranków. Nie cierpiałam słońca, nienawidziłam swojego życia. Usiadłam na łóżku. W pokoju ciągle stały kartony. Nie chciało mi się ich rozpakowywać. Tak w ogóle to chyba nawet nie miało sensu. W tym roku to już nasza trzecia przeprowadzka. Aktualnie jesteśmy w Seattle. Pytanie tylko jak długo. Pewnie póki jakiś fagas nie złamie matce serca. Zawsze tak było. Przyjeżdżałyśmy do nowego miasta, klimatyzowałyśmy się. Matka w końcu poznawała jakiegoś dupka i bawiła się w pseudo związki, a potem gdy ją zostawiali mówiła: „Córciu czas na nową przygodę.“ Oznaczało to zawsze to samo - przeprowadzkę. Przez to nie byłam jak, każda inna osiemnastolatka. Nie chodziłam na imprezy, nie miałam najlepszej psiapsióły, nie piłam, nie paliłam i nigdy nie byłam zakochana. Wyznawałam jedną zasadę jeśli chodziło o chłopaków - to kiepski moment na miłość. Nie wiedziałam jak będzie wyglądać moja przyszłość, więc po co zaprzątać sobie głowę związkiem. Po co ranić jego i siebie? Lepiej trzymać się z daleka od ludzi, a w szczególności od facetów. Wstałam i poszłam do łazienki. Jęknęłam na  widok swojego odbicia w lustrze. Moje brązowe włosy sterczały na wszystkie strony. Wzięłam szczotkę i zaczęłam je rozczesywać. Muszę jakoś wyglądać, dzisiaj mam pojawić się w instytucji o nazwie szkoła. Nie żeby mnie to cieszyło. Szkoła, a mianowicie nowa szkoła oznaczała spotkanie nowych ludzi. Ja nie miałam na to ochoty. Nie chciałam mieć nikogo na kim by mi zależało, nie chciałam mieć zranionego serca gdybym musiała się wyprowadzić. Nie powinnam niczego po sobie zostawiać. Wzięłam prysznic i ubrałam się.  Zrobiłam makijaż i zeszłam na dół. Moja matka siedziała przy barku i jadła śniadanie. Każdy mówił, że jesteśmy jak dwie krople wody. Obie byłyśmy dość wysokie, szczupłe o długich brązowych włosach i piwnych oczach. Moja matka była naprawdę śliczną kobietą, tylko, że nie miała szczęścia w życiu. Ojciec zmarł gdy miałam 3 lata, od tamtej pory wraz z matką jeździłyśmy po kraju i szukałyśmy swojego szczęścia w życiu. Przeważnie nigdzie go nie znajdowałyśmy, więc jechałyśmy dalej. Przynajmniej byłam dobra z geografii. Taki plus mojego walizkowego życia. Moja mama  jadła omlet. Uśmiechnęła się jak mnie zobaczyła. W kuchni także stały kartony, pewnie po szkole będę musiała je wypakowywać. Nie cierpiałam tego. Cholera chyba powinnam iść do psychologa, za dużo rzeczy nie cierpię w swoim życiu. - pomyślałam. Usiadłam na stołku obok mamy i przysunęłam miskę płatków. Rano nic innego nie mogłam przełknąć. Do tej pory miałam pewne nawyki z dzieciństwa. Nadal na śniadanie jadłam płatki, kochałam mleko czekoladowe z lodem i w każdą sobotę wieczorem objadałam się chipsami. Jak padał deszcz lubiłam skakać jak wariatka po kałużach, a jak było mi smutno i miałam doła tuliłam się do wysłużonego misia o imieniu Dexter. Co z tego, że miałam osiemnaście lat? Zawsze jakaś cząstka mnie będzie tą małą dziewczyną, która w sobotnie wieczory spędza oglądając bajki i jedząc chipsy. No może zamiast kaczora Donalda oglądałam teraz rozmaite komedie romantyczne lub melodramaty, zależy od nastroju. Dzisiaj raczej jestem w melodramatycznym humorze.
- Znowu jesteś na etapie „nie cierpię wszystkich i wszystkiego“? - tak moja matka zawsze wszystko umie trafnie podsumować. Pokiwałam głową. Matka westchnęła.
- Córciu, ile razy będziemy to przerabiać?
- Tyle ile będziesz się przeprowadzać - burknęłam. To nie matka musi dzisiaj być obiektem muzealnym na którego patrzą wszyscy jak na dziwaka. Nie ona musi zmierzyć się z nową szkołą. Ona tylko pewnie się znowu zakocha. Tyle w tym temacie.
- Zawsze to samo. Keira to nowa przygoda. - matka wstała od baru i włożyła talerz do zlewu. - Dasz radę, jesteś silną dziewczynką.
- Może mam dość zaczynania nowych przygód? Może chcę napisać jedną do końca? - zapytałam. Nawet nie tknęłam jeszcze swoich płatków. Byłam wkurzona, marzyłam o normalnym życiu. Miałam osiemnaście lat i chciałam tego co wszyscy w moim wieku. Pragnęłam przyjaciół, chłopaka i imprez. Ale zawsze jest na wszystko kiepska pora.
- Ciągle piszesz jedną historię, tylko w różnych miejscach. Popatrz na to inaczej. Twoja historia nie jest nudna. - odparła mama. Wkurzało mnie jej podejście. Zamiast zmierzyć się z problemem ona zawsze wybiera ucieczkę.
- Moja historia jest nudna mamo, to twoja jest barwna. - odparłam. Wstałam od stołu, chwyciłam plecak i skierowałam się w kierunku drzwi.
- A śniadanie? - zapytała matka.
- Już nie jestem głodna. - odpowiedziałam i wyszłam.

    Opuściłam mieszkanie i spojrzałam na swojego, starego, czerwonego jeepa. Kochałam to auto. Nazywałam go Cherry. Tak byłam wariatką. Dostałam to auto na szesnaste urodziny. Pamiętam dobrze ten dzień. Razem z matką mieszkałyśmy w motelu w Nowym Orleanie. Uciekłyśmy od kolejnego faceta matki. Ten był wyjątkowo paskudny. Mama była z nim krótko. Mieszkałyśmy wtedy w Norco.  Miał chyba na imię Bob. Początkowo był fajny. Próbował się ze mną nawet zaprzyjaźnić. Chodził z mamą trzy miesiące. Było nieźle póki nie przeprowadziłyśmy się do niego. Wtedy zaczął bić mamę. Początkowo wmawiałyśmy sobie, że to przejściowe. Jednak, któregoś dnia gdy zaczął się do mnie dobierać,  matka znowu powiedziała, że czas zacząć nową przygodę. To było w przeddzień moich szesnastych urodzin. Pojechałyśmy do Nowego Orleanu i zatrzymałyśmy się w motelu. Rano moja matka przyszła z czekoladową muffinką i wbitą w nią świeczką. To była wzruszająca chwila. Mimo piekła jakie przeszła pamiętała o moich urodzinach. Wtedy dostałam też jeepa. Od tamtej pory Cherry jeździ ze mną po USA i wiernie mi służy. Włączyłam swój ulubiony zespół. On zawsze poprawiał mi humor. Z głośników popłynęła piosenka pt. „ Here Comes Forever“ zespołu R5. Lubiłam mało znane zespoły. Były po prostu ciekawsze od wielkich komercyjnych gwiazd. One przeważnie tworzyły dla kasy, takie zespoły jak R5 z miłości do muzyki. Poza tym plusem tego zespołu oczywiście były sensowne teksty. Uwielbiałam także wielkie gwiazdy takie jak Bon Jovi czy Bruno Mars. Byłam skupiona na drodze. Mieszkałam w Seattle trzy dni. Byłam z mamą w szkole by się zapisać. Dobrze, że miałam GPS inaczej bym nie trafiła. Od domu to było jakieś dziesięć minut jazdy samochodem. Jednak przez poranne korki jechałam dwadzieścia pięć minut. Zajechałam na parking pod szkołą. Było stosunkowo wcześnie, więc było sporo miejsca do parkowania. Zajechałam na jedno z miejsc. W duchu modliłam się by nie było to czyjeś miejsce. Nie chciałam mieć jakiś nieprzyjemności pierwszego dnia w szkole. Chociaż pewnie ich nie uniknę. Mój nastrój oddawała pogoda. Zaczął właśnie padać deszcz, a raczej mżawka. Po wcześniejszym słońcu nie było śladu. W sumie jednak Seattle to podobno najbardziej szare i pochmurne miasto w Stanach. Cóż, może nie długo przeprowadzę się z matką do Miami. Tam nie będę narzekać na zimno i deszcz. Zastanawiałam się co muszę dzisiaj zrobić. Ułożyłam w głowie krótką listę.
1. Znaleźć sekretariat.
2. Otrzymać plan zajęć.
3. Znaleźć salę lekcyjne.
4. W czasie przerwy unikać stołówki (za dużo tam ludzi).
5. Nie nawiązywać znajomości ( pewnie tego nie uniknę, cóż jednak dla zasady umieszczę to na liście)
6. Wytrzymać do końca dnia w szkole.
7. Wrócić do domu i użalać się nad sobą.
To by było na tyle. Próbowałam w pamięci odtworzyć drogę do sekretariatu. To była dość duża szkoła. Pewnie i tak się pięćdziesiąt razy zgubię zanim tam dotrę. Ciekawa byłam czy może Seattle okaże się moim domem. Byłam w ostatniej klasie liceum. Niedługo powinnam iść na studia. Jednak to by oznaczało pozostanie w jednym miejscu. Tylko jak mam tego dokonać skoro matka ciągle ucieka? Jeśli bym chciała studiować na Uniwersytecie Waszyngtona musiałabym zostać w tym mieście. Faktycznie obiecałam sobie, że w wieku 21 lat odejdę od matki. Powiem jej, że nie zgadzam się na przeprowadzkę. Jednak będę musiała jej się postawić wcześniej. Chcę studiować w jednym mieście a nie stu. To oznaczało ciężką rozmowę z matką. Tego jednak nie chcę robić. Ona niczego nie zrozumie i ciągle będzie pieprzyć o nowej przygodzie, albo jak przyjdzie co do czego najpierw powie, że rozumie, a później zmieni zdanie. Wzięłam plecak z siedzenia i zamyślona otworzyłam z rozmachem drzwi. Od razu usłyszałam krzyk. Byłam tak zamyślona, że nie zauważyłam chłopaka przechodzącego obok Cherry. Stał i trzymał się za ramię, klnąc pod nosem.
- Świetnie zaczęłaś dzień Keira - powiedziałam do siebie. Wysiadłam z wozu. Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do chłopaka. Stał do mnie tyłem, trzymając się z ramię. Powinnam się upewnić, czy nie potrzebuje jakiejś opieki medycznej zanim pójdę na lekcje.
- Przepraszam najmocniej ja nie... - w tej chwili chłopak się odwrócił. Odebrało mi mowę.  Był nieziemsko przystojny. Wysoki, szczupły brunet o pięknych, brązowych oczach. To one mnie urzekły. Na ramieniu miał założony plecak, a w drugiej ręce trzymał futerał z gitarą. Skórzana kurtka i czarne jeansy nadawały mu charakter rockmana. Najpierw spojrzał na mnie z wściekłością, lecz potem jego wyraz twarzy złagodniał. Wpatrywał się we mnie, widziałam to. Poczułam się trochę nieswojo, jednak sama nie mogłam oderwać od niego wzroku.
- Nic ci się nie stało? Ja nie chciałam. Przepraszam, zamyśliłam się i cię nie zauważyłam. Normalnie ja nie...naprawdę mi przykro. Potrzebny lekarz? Bardzo boli? Naprawdę jeszcze raz przepraszam, powinnam być ostrożniejsza, ale naprawdę cię nie zauważyłam. - sama byłam zdziwiona, że tyle powiedziałam. Jednak zawsze paplałam jak najęta gdy byłam zdenerwowana. Chłopak puścił ramię i uśmiechnął się do mnie. Jasne, zrobiłam z siebie kretynkę. Nie dość, że go uderzyłam to teraz gadałam jak wariatka. Dobra muszę wyjść z tego z twarzą. Upewnię się czy nic mu nie jest, a potem zniknę. To duża szkoła. Jest wielkie prawdopodobieństwo, że go nie spotkam już więcej albo, że minie sporo czasu zanim go zobaczę, więc on do tej chwili zapomni o wariatce z parkingu. Tak, tej mysli muszę się trzymać.
- Nic mi nie jest. Dobrze, że mnie nie przejechałaś. Oberwałem tylko w ramię. - uśmiechnął się do mnie. Poczułam, że się czerwienię.
- Ja normalnie dobrze jeżdżę, jeszcze nigdy...zaraz ty powątpiewasz w moje zdolności za kółkiem? - co jak co, ale przejechałam pół Stanów samochodem. Jestem mistrzem kierownicy.
- Nie... nie śmiałbym. - puścił mi oczko. - Fakt jest faktem, że może jesteś dobrym kierowcą, ale na parkingach wypadasz słabo. - wzruszył ramionami.
- Przejechałam samochodem pół USA, więc nie mów mi, że słabo wypadam.
- Ciekawe ile osób na tym ucierpiało? - znowu puścił mi oczko.
- Żadna! Ty jesteś pierwszy! - krzyknęłam.
- Cóż w takim razie czuję się zaszczycony.
- Ja również. - burknęłam. Gdyby nie był taki przystojny przywaliłabym mu z pewnością.
- Jesteś nowa? - zapytał. Nienawidziłam tego sformułowania. Zawsze w każdej szkole jestem nowa. To wkurzające. Każdy ciągle mnie o to pyta. Chyba to normalne, że skoro mnie tu wcześniej  nie widzieli to muszę być nowa. Po co po pięćset razy pytać o to samo.
- To zależy co masz na myśli? - spojrzał na mnie pytająco, ja kontynuowałam swoją wypowiedź. - Bo jeśli byśmy spojrzeli na to tak, że każdy dzień jest osobnym nowym dniem, to wszyscy jesteśmy nowi. - chłopak zaczął się śmiać. Poczułam się lekko urażona, w końcu wyśmiał moją życiową filozofię. Chociaż w sumie zrobiłam z siebie jeszcze większą wariatkę niż byłam pięć minut wcześniej. Nie wyjdę z tego z twarzą.
- Ok to ja też jestem nowy. - uśmiechnął się szeroko. - A jeśli by przyjąć, że jeden dzień to część całości jaką jest rok. To wtedy jesteś nowa? Nie widziałem cię tu wcześniej, a znam większość szkoły.
- Gratulacje. - odpowiedziałam. - Jeśli tak na to spojrzeć to jestem nowa. - skrzywiłam się na samą myśl.
- Christian Evans. - podał mi dłoń. Chwyciłam ją lekko. Nadal się we mnie jakoś dziwnie wpatrywał. Staliśmy tak potrząsając dłońmi. Chyba żadne nie chciało puścić tego drugiego. Nagle oprzytomniałam. Dobre wychowanie kazało mi się przedstawić.
- Keira Rodgers.
- Keira...ładne imię. - uśmiechnęłam się. Czułam, że się coraz bardziej czerwienię. Dobrze, że padało bo bym umarła na duszności.
- Skąd przyjechałaś Keiro?
- Z Minnesoty, z Hastings.
- Wow, to kawał drogi. - podrapał się po głowie. - Fajnie, że mnie pierwszego uderzyłaś drzwiami. - mimo wszystko się roześmiałam. Poczułam chłód, moje ubrania przemiękały od wilgoci.
- Co masz teraz? - zapytał.
- Chyba biologię. Muszę iść do sekretariatu po plan. - odparłam.
- To kiepski pomysł.
- Niby czemu? - co takiego złego według niego było, w pójściu do sekretariatu.
- Bo biologię masz na pewno z panem Hudson. On nie cierpi spóźnialskich. Spóźnisz się minutę, a masz u niego przerąbane przez cały rok i nieważne, że jesteś nowa. Jeśli pójdziesz do najpierw do sekretariatu, to na sto procent się spóźnisz. Nasza sekretarka prócz syndromu niespełnionego dyrektora cierpi na flegmatyzm. Pół godziny będzie ci drukowała głupi plan.
- No dobra, i tak się spóźnię bo nie wiem gdzie jest sala. - Christian spojrzał na zegarek.
- Kurde, zaprowadziłbym cię. Nie mam jednak już czasu i tak uciąłem sobie z tobą za długą pogawędkę.
- Nie szkodzi. - odparłam.
- Jak wejdziesz do szkoły to skieruj się w lewo, cały czas idź prosto i dojdziesz do schodów, wejdź na korytarz D i tam to chyba będą trzecie drzwi po lewej.
- Dzięki wielkie.
- Po biologii idź do sekretariatu.
- Ok. Jeszcze raz dzięki.
- Dobra, ja lecę. - puścił mi oczko i zniknął między samochodami. Oparłam się o Cherry i wzięłam głęboki oddech. Nie pamiętałam, by jakikolwiek inny chłopak tak na mnie podziałał. Z każdą chwilą na parkingu robiło się coraz tłoczniej. Od deszczu byłam cała mokra. Skierowałam się do szkoły. W głowie analizowałam wskazówki dane mi przez Chris’a. Gdy tylko przekroczyłam próg nowej szkoły, ogłuszył mnie gwar krzyków i rozmów. Z trudem przepchałam się przez korytarz. Czułam na sobie wzrok uczniów. Jak ja tego nienawidziłam.
Dobra pewnie wyglądałam jak zmoknięty pudel, ale to nie powód by się tak bezceremonialnie gapić. Muszę pamiętać o kupieniu parasola, chyba będzie mi bardzo potrzebny w tym mieście. Udało mi się wejść na korytarz D. Odnalazłam salę, tak jak Christian mówił, było to trzecie pomieszczenie po lewej stronie. Przed otwartymi drzwiami sali stała grupka ludzi. Zapewne z mojej nowej klasy. Całe szczęście nie zwrócili zbytnio na mnie uwagi. Tylko jedna dziewczyna zmierzyła mnie wzrokiem. Postanowiłam wejść. W sali było tylko trzy osoby. Rozejrzałam się. Nie chciałam siedzieć na samym początku. W ten sposób wszyscy będą na mnie patrzeć. Wybrałam ostatnią ławkę pod oknem. Teraz to ja mogłam poprzyglądać się nowym dla mnie osobom. Poza tym jest mniejsze ryzyko, że będę pytana na biologii. Wyjęłam podręcznik i zeszyt. Spojrzałam na ekran telefonu. Faktycznie wyglądałam fatalnie. Wyciągnęłam grzebień i zaczęłam szczotkować włosy.  Było mi nieco za zimno  i nieprzyjemnie. Szkoda. że nie wzięłam zapasowych ubrań. Moje przemyślenia przerwała brunetka, która podeszła do mojej ławki.
- Zajęłaś moje miejsce. - warknęła. Przełknęłam gulę, która utworzyła mi się w gardle.
- Przepraszam...ja nie wiedziałam...jestem nowa. - brunetka spojrzała na mnie,  a potem się uśmiechnęła.
- Spoko. Usiądę przed tobą. - zajęła stolik przede mną.
- Nie ja mogę poszukać sobie innego miejsca.
- Dobra, jesteś nowa, więc ci odpuszczę. - dziewczyna miała brązowe, długie włosy i prostą grzywkę. Miała według mnie zbyt mocny makijaż. Ubrana była na czarno. Skórzaną kurtkę z frędzlami, szorty i rajstopy oraz glany. Mimo tego uśmiech nie schodził jej z twarzy.  Do sali wszedł profesor Hudson. Straszy mężczyzna koło sześćdziesiątki. Gdy wchodził do sali upuścił trzymany w ręce plik papierów. Rozległ się śmiech, jakaś uczennica zlitowała się i pomogła profesorowi zbierać dokumenty.
 - Proszę o ciszę! - krzyknął i podszedł do katedry. Sprawiał wrażenie przyjemnego. Był bardzo niski i nosił za duże okulary i ubrania. Sprawdził listę, na szczęście nie kazał mi się przedstawiać na forum klasy. To było zawsze upokarzające. Zaczął się nudny wykład pana Hudson’a. Próbowałam się skupić, jednak brunetka przede mną odwróciła się bokiem i ciągle mi się przyglądała.
- Jesteś nowa? - zapytała w końcu, po raz drugi tego ranka usłyszałam to pytanie.
- Mhm. - wzięłam się za robienie notatek. Z całej siły próbowałam ją ignorować. W pewnym momencie miałam silne podejrzenia, że jest lesbijką. Nie odrywała ode mnie wzroku.
- Co? - warknęłam. Ona szeroko się uśmiechnęła.
- Byłam ciekawa ile wytrzymasz. - odparła.
- Co wytrzymam?
- Moje gapienie się. Wkurzające no nie?
- Nie zaprzeczę.
- Wytrzymałaś dłużej niż mój chłopak. W sumie to pobiłaś rekord.
- Robiłaś to specjalnie?
- Nudzi mi się. - odpowiedziała. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Wiedziałam jedno, ta dziewczyna była totalnie moim przeciwieństwem.
- Jestem Charlotte Johnson, ale mów mi Charli. Nienawidzę swojego imienia. Pasuje do jakiejś emerytki, a nie osiemnastolatki.
- Keira Rodgers.
- Skąd jesteś?
- To zależy czy pytasz skąd jestem, czy skąd przyjechałam? - spojrzała na mnie jak na wariatkę. Przyłożyła jednak palec wskazujący do podbródka i potarła nim w zamyśleniu. Wyglądało to nieco komicznie, na serio zastanawiała się nad moim pytaniem.
- Wybieram skąd przyjechałaś. - odpowiedziała po chwili.
- Z Hastings, z Minnesoty.
- Wow, daleko. Ja nigdy nie opuściłam stanu Waszyngton.
- Ja objechałam pół Stanów Zjednoczonych.
- Cicho tam na tyle. - niestety zwróciłyśmy uwagę pana Hudsona. Myślałam, że to zniechęci Charli do dalszego przepytywania mnie, jednakże myliłam się bo po chwili znowu się odwróciła.
- Daj telefon.
- Po co?
- No daj i nie pytaj.
- Chcesz mój numer? - zapytałam.
- Daj ten telefon, nie ukradnę ci go. - z wahaniem wyciągnęłam go z plecaka i podałam Charli. Odwróciła się i widziałam, że szpera w moim telefonie.
- Proszę. Widzisz nie ukradłam ci go.
- Nie myślałam, że mi go ukradniesz. Po co ci był mój telefon?
- Wpisałam ci swój numer komórkowy i domowy, w notatkach masz mój e-mail a i wpisałam ci numer do Connora oraz numer pizzerii.
- Po co mi numer pizzerii? I kim jest Connor?
- To numer do pizzerii Mamma Mia, mojej ulubionej. Pewnie nie znasz jeszcze miasta, a oni mają dostawę do domu. Connor to mój chłopak, jest o rok od nas starszy i studiuje inżynierię na Uniwersytecie Waszyngtona. Wiesz mam zwyczaj gubienia telefonu, więc podałam ci jego numer, bo często z nim spędzam czas.
- Ok. Dzięki wielkie.
- Mogę cię o coś zapytać?
- Yyy chyba tak.
- Będziesz moją najlepszą przyjaciółką? Wydajesz się być fajna, a ja nie mam takiej przyjaciółki od serca, a ty jesteś nowa, więc zapewne też nie masz tu nikogo bliskiego. To co? - poczułam uciski w klatce piersiowej, już pierwszego dnia musiałam kogoś zranić. Nie mogłam się z nią zaprzyjaźnić, nie wiedziałam ile tu będę, a nie chciałam nikogo opuszczać.
- Super. Mam najlepszą psiapsiółę! Zobaczysz będzie fajnie. Ze mną w tej szkole nie zginiesz. - odwróciła się tyłem do mnie. Byłam w szoku. Nie zdążyłam odpowiedzieć, a ona moje milczenie przyjęła za zgodę. Jednak mimo tego, lekko się uśmiechnęłam. Chyba powoli zaczynałam lubić Charli Johnson.

  Po biologii udałam się z Charli do sekretariatu. Podobno byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Cały czas coś paplała, głównie o szkole. Mówiła gdzie co jest, na co powinnam uważać i jak ogółem postępować by tu przetrwać.
- Zaczekam na ciebie. - powiedziała. Weszłam do sekretariatu. Za biurkiem siedziała kobieta koło pięćdziesiątki. Włosy miała ciemne, krótkie, gdzieniegdzie widać było siwiznę. Na nosie założone miała okulary na łańcuszku. Podejrzewam, że sekretarka w szkole mojej mamy wyglądała podobnie.  Podniosła wzrok znad dokumentów i zmierzyła mnie pogardliwym wzrokiem.
- Czego tu szukasz? - Christian miał rację, cierpiała z pewnością na syndrom niespełnionego dyrektora.
- Przyszłam po nowy plan. - odpowiedziałam.
- Jesteś nowa? - zauważyłam zainteresowanie w jej oczach. Tak popatrz sobie. Kolejna ofiara prosi cię o głupią kartkę.
- Tak. - westchnęłam. Nie miałam ochoty wyjaśniać jej mojej definicji słowa „nowa“. Podejrzewam, że i tak by tego nie zrozumiała.
- Nazwisko.
- Keira Rodgers.  - wpisała moje nazwisko do komputera i podała mi arkusz z zajęciami dodatkowymi.
- Wybierz coś. - przeglądałam listę, w sumie żadne zajęcia mnie nie interesowały. Wolałam jak najmniej czasu spędzać w szkole. Cóż by przejść do następnej klasy musiałam zaliczyć jakiś przedmiot dodatkowy. Wybrałam literaturę angielską, retorykę i lekcje rysunku. Nie miałam talentu, jednak nie było już żadnych wolnych zajęć. Podejrzewam, że to z tym przedmiotem będę miała największy problem.
- Może chcesz jeszcze hiszpański? Jakiś chłopak zrezygnował.
- Yyy...tak może mnie pani zapisać.
- Ta młodzież. Sami nie wiecie czego chcecie. Teraz muszę poprawić twój plan. - trochę się zaczęłam denerwować narzekania, pani Jonas były nieznośne. Do tego wszystko robiła jakby w zwolnionym tempie. Christian miał rację, cierpiała na flegmatyzm. Po dwudziestu minutach uzyskałam upragnioną kartkę z planem i dodatkowo mapę szkoły wraz z kluczami do szafki. Wyszłam z gabinetu. Było już po dzwonku.  Korytarz był pusty. Mój wzrok przykuła karteczka przyklejona do ściany. Różowym, błyszczącym długopisem napisane było na niej:
Widzę, że zostałaś pożarta przez smoczycę Jonas. Współczuję :(
Nie mogłam zaczekać, mam chemię. Spotkamy się na długiej w stołówce.
Mam nadzieję, że wrócisz żywa.
Charli ♥♥♥
Uśmiechnęłam się gdy to przeczytałam. Wsunęłam kartkę do kieszeni i spojrzałam na plan. Miałam aktualnie historię. Następnie zerknęłam na mapę. Stwierdziłam, że po drodze zahaczę o swoją szafkę. Ruszyłam zgodnie z mapką. Doszłam na wskazane miejsce i zaczęłam szukać numeru swojej szafki.
- Nowa? - znowu wzdrygnęłam się na te słowa. To nie był zdecydowanie mój dzień.
- Tak. - moim oczom ukazała się postać całkiem przystojnego bruneta w niebieskiej koszuli, granatowej marynarce i dżinsach. Wyglądał na gościa z bogatego domu. Już na pierwszy rzut oka emanowała z niego pewność siebie i charyzma. Na pewno był szkolną gwiazdą.
- Nie powinnaś być na lekcji?
- Byłam w sekretariacie, po plan.
- Szukasz czegoś? - nie wiem czemu ale czułam się przy nim jak niesforny dzieciak. Trochę jak przy dorosłym, który cię wciąż upomina i pokazuję swoją wyższość.
- Szafki.
- Jaki numer?
- 223. - odparłam. On w mgnieniu oka podszedł do niej. Tak jakby znał ich rozkład na pamięć.
- Uderz w nią gdy przekręcisz kluczyk. Tylko tak się da je otworzyć.
- Dzięki.  - odparłam.
- Nie zazdroszczę. Za sąsiadkę masz Charlotte Johnson.
- Tak? - ucieszyło mnie to. Znałam Charli i miałam pewność, że będzie dobrą sąsiadką.
- Tak. Nie ma najlepszej opinii w tej szkole.
- A kim ty jesteś? - zapytałam wzburzona. Nie podobało mi się to jak powiedział o Charli. Może wyglądała jak...tak jak wyglądała, ale to nie był powód by ją obgadywać i gorszyć.
- Rush Thompson, przewodniczący samorządu uczniowskiego i redaktor naczelny szkolnej gazety. - daje słowo zabrzmiał jak jakiś polityk przemawiający na forum Kongresu.
- Keira Rodgers, yyy zwykła uczennica. - widziałam jak jego usta wyginają się w pół uśmiechu.
- Ok, Keiro co masz teraz?
- Brzmisz jak pompatyczny dupek. - widziałam jego zaszokowanie na twarzy. Musi nikt mu do tej pory tego nie wypomniał. Nie powiem zrobiło mi się głupio. Nie powinnam pierwszego dnia szkoły zadzierać z przewodniczącym samorządu. To była totalna klapa.
- Sorry nie chciałam cię obrazić.
- Serio brzmię jak pompatyczny dupek? - zauważyłam znowu na jego twarzy lekki uśmieszek. Poczułam ulgę, bo to oznaczało, że on się nie gniewał na mnie.
- Trochę. - wzruszyłam ramionami.
- Wow, nikt mi tego wcześniej nie powiedział.
- Brzmisz trochę jak jakiś dyrektor czy ktoś w tym stylu.
- Przepraszam, to taki rodzinny nawyk. - nie bardzo zrozumiałam co miał na myśli, chociaż może jego rodzice byli pompatycznymi dupkami, to by tłumaczyło jego osobę.
- Rozumiem.
- Podoba ci się nowa szkoła?
- Trudno to stwierdzić na drugiej lekcji. Spytaj mnie o to jutro.
- Właśnie co masz teraz?
- Historię.
- Z panią Richardson?
- Yyy...tak.
- Mogę cię odprowadzić pod salę? - przyjrzałam mu się bacznie, nie wyglądał na seryjnego mordercę, ani gwałciciela. Poza tym byliśmy w szkole, tu byłam raczej bezpieczna, i tak sama bym tam nie trafiła, a on szybciej mnie tam zaprowadzi.
- Mogę zobaczyć twój plan? - zapytał gdy ruszyliśmy w kierunku pracowni historycznej.
- Proszę. - podałam mu, przyglądał mu się chwilę.
- Potrafisz rysować?
- Nie. - zaśmiałam się. - Nie mieli nic wolnego, a muszę coś zaliczyć. Podejrzewam, że wybitnym malarzem to ja nie będę. Mój talent artystyczny jest daleki od ideału.
- Rozumiem. Jednak zapewne musisz się czymś szczególnie interesować. Widzę, że wybrałaś retorykę i literaturę angielską.
- Lubię czytać, a fajnie czasami podyskutować na poziomie.
- Lubisz czytać, a pisać?
- Też, to fajne zajęcie na odstresowanie.
- Może byłabyś zainteresowana pracą w gazetce szkolnej?
- Proponujesz to każdej nowej uczennicy?
- Nie. - zaśmiał się. - Nie każdej tylko tobie. Myślę, że byłabyś w tym dobra. Mamy tu najlepszą w Seattle gazetkę szkolną. Prócz wydarzeń szkolnych, opisujemy tematy dotyczące naszego miasta. Zresztą sprzedajemy naszą gazetkę na lokalnych osiedlach. To największa gazeta szkolna w Seattle.
- Znów brzmisz jak pompatyczny dupek. - zauważyłam.
- Sorry, jak coś to mamy siedzibę w budynku za szkołą.
- Nie wydaje mi się by to było dla mnie, ale pomyślę.
- O zapisałaś się na hiszpański. Umiesz coś w tym języku? - oddał mi mój plan.
- Trochę. W podstawówce chodziłam na lekcje hiszpańskiego, fajnie będzie sobie to przypomnieć.
- Znasz jeszcze jakieś języki?
- Yyy nie. A ty?
- Cóż ja biegle posługuje się niemieckim i francuskim. W średnim stopniu umiem włoski, a słabo znam chiński i rosyjski.
- Wow, jesteś poliglotą?
- Nie, nie nazwałbym się tak. Powiedziałbym raczej, że po prostu lubię się uczyć języków i łatwo mi wchodzą do głowy. - uśmiechnął się. Doszliśmy na miejsce.
- Cóż jesteśmy na miejscu. To sala historyczna.
- Dzięki.
- Jak coś to na pewno mnie znajdziesz w redakcji. Gdybyś potrzebowała pomocy to wal śmiało.
- Dziękuję. Może skorzystam.
- Lepiej nie. - uśmiechnął się lekko. - Wprowadzić cię? - chciałam powiedzieć, że nie potrzebuję niańki. Jednak Rush już wszedł do sali.
- Dzień dobry, przyprowadziłem pani zgubę. Była w sekretariacie. - weszłam do sali. Wszystkie oczy na mnie spoczęły, w tym niezbyt przyjemne spojrzenie pani Richardson.
- Dziękuję Rush. Jak się nazywasz? - to pytanie skierowane było do mnie. Rush powoli wycofał się za drzwi.
- Keira Rodgers.
- Dobrze zajmij miejsce. - niestety jedyną wolną ławką było miejsce tuż przed tablicą. Nie cierpiałam siedzieć w pierwszej ławce, jednak nie miałam innego wyboru, niż tam usiąść.
- Dobrze skoro spóźnialscy już są to zaczynamy. - przewróciłam oczami, co za super dzień.

  Nadeszła długa przerwa. Dostałam esemsa Czekam w stołówce. Mam żarcie :D Poszłam tam. Samo wejście tu było błędem. Mnóstwo ludzi siedziało stłoczonych przy stolikach. Przy drzwiach stało kilku pracowników, niczym jak w zakładzie karnym pilnowali porządku. Rozejrzałam się i od razu zobaczyłam jego. Rusha Thompsona. Siedział na samym środku sali otoczony swoją świtą. Ujrzał mnie i się uśmiechnął. Machnął ręką bym podeszła, ale pokręciłam przecząco głową. Widziałam tych chłopaków i laski z bogatych domów. Nie chciałam tam podchodzić. Nie pasowałam tam. Szukałam wzrokiem Charli. Znalazłam ją po lewej stronie przy stoliku w samym rogu. Ruszyłam w jej kierunku. Mój umysł zanotował jeszcze jedną rzecz. Na sali z całą pewnością nie było Christiana Evansa. Być może wcale nie chodził do tej szkoły. Może go sobie wymyśliłam. Albo po prostu nie jada w stołówce. Nie wiedziałam czemu moje myśli zeszły na jego temat. Rozmawiałam z nim tylko chwilę na parkingu. Jednak ciągle wkradał się do moich myśli. Byłam żałosna. Cholernie żałosna.
- Załatwiłam lepsze żarcie. Jakoś trzeba uczcić to, że mam najlepszą psiapsiółę. - Charli podała mi cheeseburgera. Zastanawiałam się skąd go wytrzasnęła. Założę się, że takiego żarcia nie dają w szkolnych stołówkach.
- Skąd to masz? - zapytałam by przerwać ciszę.
- A jak myślisz? - patrzyłam na nią lekko rozbawiona. W tej dziewczynie nic do siebie nie pasowało.
- Stawiam, że z pewnej popularnej sieci fast foodów.
- Dokładnie. Jesteś bardzo inteligentna.
- Dziękuję. Myślałam, że w stołówce je się szkolne jedzenie?
- Jak przekupisz odpowiednie osoby to możesz wyskoczyć po jakieś lepsze żarcie.
- A co nie tak jest z szkolnym?
- Spróbuj, a nabawisz się skrętu kiszek. Dla mnie to wszystko rośnie w ustach, jest paskudne. - skrzywiła się na samą myśl.
- W takim razie dziękuję, że mnie uratowałaś. - powiedziałam, a ona wstała i ukłoniła się wszystkim na około. Wybuchłam śmiechem. Wyglądała jakby odbierała co najmniej Oscara.
- Dziękuję, dziękuję.

  Kolejne dwie godziny miałam znowu sama. Poznałam tylko kilka twarzy. Dopiero na lekcji literatury angielskiej miałam z Charli. Weszłam do sali.
- Zajęłam ci miejsce! - krzyknęła Charli.
- Nie musiałaś zajmować mi ostatniej ławki. - zaśmiałam się.
- Dziś mam dzień dobroci dla nowych, więc nie marudź i korzystaj. - usiadłam w ławce  i zaczęłam wypakowywać zeszyty.
- Może teraz masz dla mnie jakąś cenną wskazówkę?
- Teraz nie musisz na nic uważać. Mamy z profesorem Collins’em. Jest całkiem niezły i nie mówię tu o nauce.
- A o czym? - przewróciła oczami.
- Cóż jest koło czterdziestki, jednak nie jedna w szkole na niego leci. Poza tym jeśli nie chcesz uczestniczyć w lekcji to nie musisz. Ma niezłe podejście do młodzieży. Tylko musisz mu nie wchodzić w drogę, a wtedy masz spokój. - sala zaczęła się zapełniać. Mignęło mi kilka znajomych twarzy. Miałam wrażenie, że cierpię na jakąś nieznaną mi chorobę. Nikt z wyjątkiem Charli się do mnie od rana nie odezwał. Dosłownie jakby traktowali mnie jak powietrze. Mówiąc szczerze nie przeszkadzało mi to. Lepiej być niewidzialną niż rzucać się w oczy. Do sali wszedł profesor Collins. Nie budził we mnie jednak pożądania, lecz coś na wzór ojcowskiego respektu. Był wysoki, miał lekko kręcone, brązowe włosy. Jednak marynarka i koszula przypominały strój wzorowego ojca amerykańskiej rodziny.
- Dzień dobry! - powiedział radosnym tonem. Usiadł za biurkiem i wyjmował z aktówki swoje rzeczy.
- Zanim sprawdzę listę, chociaż wiem i tak kogo nie ma. - w tym momencie do sali wbiegł brunet z parkingu. Mocno wciągnęłam powietrze gdy jego spojrzenie utkwiło na mnie.
- Aha jak zawsze. Christian czy kiedyś przyjdziesz na moją lekcje punktualnie? - słyszałam chichot kilku dziewczyn.  Oderwał wzrok ode mnie i spojrzał na profesora.
- Może kiedyś. - odparł i usiadł w swojej ławce.
- Na to liczę Evans. Na czym ja skończyłem? A! Już wiem. Otóż nasze grono uległo powiększeniu. Mamy nową koleżankę Keire Rodgers. - wstałam, kilka osób z grzeczności zabiło brawa, jednak znaczna część przyglądała mi się badawczo, w tym brunet z parkingu.
- Keira chcemy się czegoś o tobie dowiedzieć.
- Ale ja nie wiem co mogę o sobie powiedzieć. - wydukałam.
- Opisz siebie w trzech słowach, a my z czasem postaramy się zweryfikować twoje słowa. - czułam, że się czerwienię. Nie cierpiałam  być w centrum uwagi. To było żenujące.
-  Yyy jestem pracowita, nieśmiała i koleżeńska chyba tyle.
- Cóż może ktoś już chce polemizować na temat panny Rodgers? - schowałam twarz w dłoniach.
- Wiem, że jej nie znacie ale co o niej sądzicie?
- Myślę, że nie jest nieśmiała. - wszyscy spojrzeli w stronę Christiana.
- Dlaczego Evans? - zapytał Collins.
- Bo... wygląda na silną dziewczynę. Nie powiedziałbym, że jest nieśmiała.
- A jak ty widzisz Keire?
- Jako pewną siebie, śliczną i interesującą dziewczynę. - o mało nie dostałam  zawału gdy to powiedział. Uznał mnie za interesującą i śliczną.
- Interesującą?
- Tak ma ciekawe rysy twarzy i tajemnicze oczy.
- Dobra Evans skończ bo zaraz wyznasz jej miłość. - zaśmiał się Collins, wszyscy w klasie także. Evans burknął coś pod nosem i odwrócił się przodem do tablicy.
- Nie myślcie, że ta rozmowa była bez sensu. Otóż poezja tak jak ludzie, jest różnie postrzegana i odczytywana. Jedni mają ją za nudną i przestarzałą, inni zaś za coś uduchowionego i wielkiego. Poezję tak jak ludzi postrzegamy różnie. Czym dla was jest poezja? - Collins oparł się o biurko.
- Starocie. - odparł ciemnoskóry chłopak z pierwszej ławki.
- Ok, Jason. Ktoś ma inne zdanie?
- Według mnie poezja to kunszt i forma, to umiejętne uchwycenie piękna. Myślę, że poezja jest uniwersalna i nigdy nie traci na ważności. - słuchałam tych słów i czułam w sobie głęboki sprzeciw, to nie tylko słowa, myślałam.
- Wow Evans, od kiedy jesteś taki aktywny na moich lekcjach?
- Nie zgadzam się. - nagle usłyszałam swój własny głos.
- Panna Rodgers, proszę. Chętnie wysłuchamy pani opinii. - odparł Collins.
- Yyy...poezja to nie słowa to życie. - powiedziałam to patrząc prosto w oczy Christiana.
- Rozwiń to proszę.
- Gdyby poezja był tylko pustymi słowami i formą, to...nie miałaby sensu.
- Ale musisz przyznać, że to również pewien kunszt. - powiedział Christian.
- Tak.
- No właśnie.
- Jednak to nie tylko forma, to także sens. Poezja ma za zadanie opisać w słowach ważną dla poety chwilę, uchwycić ją. To refleksje i zaskakujące przemyślenia. Poezja to wskazówka dla potomnych jak żyć. - widziałam jak go zaskoczyłam tą wypowiedzią, wpatrywał się we mnie, a ja nie unikałam jego wzroku. Miał piękne, ciemne oczy. Magnetyzował mnie spojrzeniem. Nigdy tak nie reagowałam na żadnego mężczyznę.
- Masz rację Keiro. Czasami łatwiej jest coś napisać niż powiedzieć. - odparł.
- Cóż dzieciaki, twoje założenia są słuszne Christianie. Jednak przychylę się do opinii Keiry. Poezja to nie tylko słowa, ale i sens. To pewna wskazówka. Cieszę się, że są osoby, które jeszcze się tym interesują. - uśmiechnął się. - Na jutro niech każdy napisze wypracowanie, czym dla niego jest poezja.
- Po co? Czemu rozmawiamy o poezji, ale jej nie omawiamy?
- Na wszystko jest czas Keiro. Najpierw trzeba nauczyć się chodzić nim zacznie się biegać. Po co mam z wami omawiać literaturę, skoro większość z was jej nie rozumie? Chcę, abyście rozumieli to o czym tu będziemy mówić. Musicie myśleć jak ci poeci i pisarze, ale najpierw musicie zrozumieć czym jest literatura Keiro.
- Rozumiem.
- Do jutra. - zadzwonił dzwonek i pan Collins wyszedł. Charli od razu się do mnie odwróciła.
- Wow to było mocne.
- Co?
- No ty i Christian.
- O czym ty mówisz? - zaśmiałam się nerwowo. Widziałam jak się pakował, po chwili i on opuścił salę.
- No wiesz, nikt nigdy nie stawia się Evansowi.
- Serio?
- No. Poza tym, on i tak nigdy się nie odzywał na lekcji, a tu proszę co za niezwykły dzień.
- Pewnie uznał, że temat jest interesujący.
- Interesujesz się poezją?
- Trochę, ale wolę prozę.
- Ja tam nic nie rozumiem z tych wierszy. Zgadzam się w stu procentach z Jasonem, poezja to starocie.
- Zależy dla kogo.
- Ty i Evans macie wspólne zainteresowania.
- Co ty z tym Evansem?!
- Nie nic. Tak tylko powiedziałam. Przecież nie chciałam cię wkurzyć.
- Przepraszam.
- Nie ma za co. Co robisz po szkole?
- Wiesz jeszcze się do końca nie rozpakowałam. Muszę się dzisiaj tym zająć, więc jadę teraz do domu.
- Czyli jedziemy do ciebie. - odparła i ruszyła do drzwi.
- Charli będę zajęta, to nie jest dobry pomysł.
- Czemu? Pomogę ci się rozpakować, przecież od tego są przyjaciółki, no nie?
Nie chciałam jej wyprowadzać z błędu. Poza tym każda pomoc była potrzebna, a Charli jak się przekonałam po dzisiejszym dniu nie da się tak po prostu zbyć.
- Masz samochód, czy jeździsz autobusem?
- Mam samochód. - wyszłyśmy przed salę. Od razu zobaczyłam Evansa, stał oparty o ścianę i o dziwo palił e-papierosa. Żadna z nauczycielek stojących na korytarzu, nie reagował na to. Tak jakby go wcale nie było. Charli ciągle nawijała jak to dobrze mieć własny samochód. Jej rodzice nie pozwolili jeździć póki nie skończy 21 lat, bo w wieku piętnastu rozbiła ich.
- Mówiłem ci, nie jesteś nieśmiała. - zatrzymałam się z Charli obok niego. Spojrzałam na niego.
- Do jutra Christian. - odparłam i ruszyłam w kierunku drzwi.
- Do zobaczenia Keiro. - usłyszałam. Charli w milczeniu szła za mną. Chyba był równie zaskoczona jak ja. To chyba był mój najciekawszy pierwszy dzień w szkole, jaki kiedykolwiek przeżyłam.


***
Hello jest tu kto? Mam nadzieję, że tak. Otóż ogłaszam, że wracam na bloggera! Tak, dobrze przeczytaliście. Postaram się nadrobić zaległości w waszych blogach. A teraz zapraszam was na coś co jest dla mnie szalenie ważne. Być może to zwiastun nowego bloga. O to krótki zwiastun:
Nowe miasto, nowe życie? Myślę tak za każdym razem gdy przeprowadzam się do nowego miejsca. Szukam swojego miejsca w życiu, ale nie sądziłam, że na parkingu w Seattle znajdę coś czego mi tak brakowało...miłość. Jednak Christian to nie tylko szczęście, to także demony przeszłości, które zrujnowały moje życie. Wtedy zdałam sobie sprawę, że to był kiepski moment na miłość.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział siódmy - "Proszę, otul mnie swymi pijanymi ramionami."

W poprzednim rozdziale:

- Lauro, nie proponuje ci seksu tylko taniec. Zatańczysz?
- Może chcę pierwszą opcję. - odparła. Chyba go zszokowała, bo otworzył usta i chwilę się w nią wpatrywał.
- Nie wiesz na co się piszesz. - szepnął jej do ucha. - To zatańczysz ze mną? - przez chwilę rozglądała się po pokoju.
- Dobrze. - wziął ją w objęcia i zaczęli kołysać się w rytm piosenki. To nie było do niego podobne. Obrócił ją kilka razy. Wydawał się szczęśliwy, przynajmniej ona tak się teraz czuła. Był świetnym tancerzem. Nawet taka niezdara jak ona, dobrze sobie przy nim radziła. Wiedziała, że ma teraz więcej pytań niż odpowiedzi na jego temat. Czemu nie potrafi kochać? Przecież każdy kogoś kocha. Kim jest Ross Lynch? - to było podstawowe pytanie.
- Pamiętaj, jesteś piękna. Ja to wiem. - szepnął jej do ucha.



  Nie wie jak długo tańczyli, kilka minut, godzinę, a może całą wieczność. Było jej tak dobrze w jego ramionach. Nie był wtedy dupkiem, który ją wkurza. Czuła, że w tym momencie jest ciepły i czuły. Czuła jego troskę. Niestety nawet najpiękniejsze chwile kiedyś się kończą.
- Już późno Lauro, jutro jest dzień pracy. Musisz się już położyć.
- Nie chcę. - szepnęła. Poczuła, że przytula ją mocniej.
- Chcesz mnie poznać, prawda? - uniosła głowę i spojrzała na niego. Odgadł jej zamiary.
- Tak. Jesteś dla mnie chodzącą zagadką. Nigdy nie wiem czego się po tobie spodziewać i czego ode mnie chcesz. Nie rozumiem tych rozmów. - pochylił się i pocałował ją w czoło.
- Zrozumiesz...kiedyś zrozumiesz kochanie.
- Czemu się mną interesujesz? - zapytała. Poczuła, że na moment zesztywniał.
- Bo...nie wiem jak to wyjaśnić. Początkowo chodziło tylko o to by cię wkurwić. Nienawidziłem cię...ale potem...jesteś bardzo intrygująca...nie wiem jak to ująć. - popatrzył na nią. Ciągle jej nie puszczał mimo, że muzyka dawno ucichła. Stali pośrodku pokoju, kołysząc się w rytm jaki tylko oni znali.
- Też cię nienawidziłam. - szepnęła.
- A teraz? - zapytał niepewnie.
- Nie...może czasami. - uśmiechnęła się.
- I vice versa panno Marano. - odpowiedział.
- Masz przyjaciół? - zapytała.
- Czemu pytasz?
- Bo...wydajesz się samotny. - westchnął.
- Nie mam przyjaciół. Rodzina ma mnie za potwora.
- Czemu?
- Nie mam serca Lauro, jestem zimny i okrutny. Dlatego cię ostrzegają.
- Myślę, że się mylą. - odpowiedziała, po raz kolejny poczuła, że się spina.
- Mylisz się Lauro.
- Każdy ma serce, tyle tylko, że niektórzy głęboko je chowają. - wyszeptała.
- Chciałbym, aby tak było. Wpuścisz mnie do swojego świata? Wiem, że powinienem cię chronić, ale muszę cię mieć w pobliżu. Tylko tak cię ochronię.
- Przed czym?
- Przed sobą. To trudne, boję się, że cię skrzywdzę.
- Nie chcesz mnie zranić?
- Nigdy w życiu. - powiedział z pewnością.
- Boję się, że możesz zawładnąć moim światem. - odparła.
- Potrzebuję cię. - wyszeptał. Zacisnął mocno powieki. Nie mogła się powstrzymać i dotknęła jego policzka. Poczuła, że najpierw jego mięśnie mocno się zacisnęły, a potem rozluźniły. Odsunął się od  niej.
- Już pójdę. - wziął teczkę i poszedł w kierunku drzwi. Gdy minął próg, odwrócił się. Stała w drzwiach. Nie chciała by wychodził. Nie bała się go już. Chciał go poznać.
- Nie zostawię cię. - powiedział.
- Nie rób tego. - odparła. Stali moment i patrzyli sobie w oczy.
- Dobranoc, panno Marano.
- Dobranoc Ross. - zamknął drzwi.
  W nocy śniła o pewnym blondynie, który trzymał ją w ramionach. Teraz nie ma odwrotu. Już przekroczyła granicę jego świata. Dzisiaj on złamał kolejną barierę do jej serca. Powiedział, że jej nie zostawi. Ciekawe, co miał na myśli. Kolejne dni upływały jej na spotykaniu się z Ross'em. Stał się jej bliższy, oczywiście nadal rzucał jej erotyczne aluzje, jednak był inny. Dzięki niemu czuła się bezpieczniej i spokojniej. Nie bała się go już. Wręcz przeciwnie. Czuła, że może się z nim zmierzyć. Nadszedł czwartek, dzień rozprawy. Obudziła się już o piątej rano. Nie mogła spać, tak bardzo się denerwowała. Niby Lynch zgromadził sporo dowodów udowadniających jej niewinność, jednak jeśli coś pójdzie nie tak? Jeśli pójdzie do więzienia? Bardzo się bała. Wzięła się za sprzątanie. Do godziny ósmej ułożyła alfabetycznie przepisy, książki i płyty, posprzątała kuchnię i łazienkę. W końcu ubrała się i wyszła do pracy. Rozprawa była o trzynastej. Miała z Lynch'em jechać do sądu prosto z pracy. Szła na przystanek autobusowy gdy usłyszała za sobą krzyki.
- Laura! Laura! - odwróciła się i zobaczyła swojego byłego.
- Harry? Co ty tu do cholery robisz? - jeszcze jego brakowało. Pojawienie się Harry'ego oznaczało zawsze jedno - kłopoty.
- Chciałem cię zobaczyć. - odparł.
- Naprawdę? - przewróciła oczami.
- Tak. Nie odzywasz się. Martwię się o ciebie.
- Hahahah ty się martwisz? Ty? O mnie?
- No jasne, że się martwię przecież jestem twoim chłopakiem.
- Po pierwsze nie martwiłeś się o mnie gdy pieprzyłeś Monę...
- Lauruś...
- Nie przerywaj! Po drugie nie jesteś moim chłopakiem.
- Lauro proszę wybacz mi.
- Odczep się. - sprawdziła rozkład.
- Lauruś, mogę wrócić do mieszkania?
- Nie ma mowy!
- Oj kochanie to przecież nasze mieszkanie, pozwól mi wrócić.
- Nie wkurzaj mnie! Idź do Mony.
- Ja i ona to był błąd. - odpowiedział.
- Aha, czyli jak cię Mona kopnęła w dupę to wracasz do mnie?
- Wcale mnie nie kopnęła! Sam odszedłem! Bo cię kocham!
- A ja ciebie nie! - wrzasnęła.
- Jesteś okrutna! Spotkamy się w sądzie moja damo!
- Czekam! - wsiadła do autobusu.

  Rydel robiła sobie kawę. Teraz wszystko jest na jej głowie. Nie ma już tej suki Kate, a panna Marano się spóźnia. Chyba musi z nią pogadać o dyscyplinie.
- Dzień dobry Rydel. - do kuchni wszedł Ratliff. Jego też by się chętnie pozbyła. Nienawidziła go.
- Dzień dobry Ellington'ie. - odparła.
- Dzisiaj też cię boli głowa? - wiedziała do czego on nawiązuje. Poczuła przypływ gniewu.
- Nie, nie boli. Dziękuję jednak, że o to pytasz.
- Zawsze się martwię o losy moich koleżanek.
- Od kiedy jesteś taki troskliwy? - zadrwiła.
- Zawsze byłem, może nie zauważyłaś?
- Och, ja jestem bardzo spostrzegawcza. Zauważyłabym.
- Pijana nie. - odparł. Rydel, aż drgnęła na te słowa.
- Odczep się. - warknęła.
- Nadal się puszczasz? - upił łyk kawy.
- A co chciałbyś spróbować?
- Z tobą nigdy. - syknął.
- Za cienki jesteś. - odpowiedziała.
- Gdzie zgubiłaś braciszka?
- Nie wiem, nie jestem jego niańką.
- Już się znudził Kate? - zapytał.
- Nie wiem, jak jesteś taki ciekawy to spytaj Ross'a, nie mnie.
- Zawsze razem. - rzucił i upił kolejny łyk.
- Masz z tym problem?
- Ja nie. Ty możesz mieć. Sądzisz, że Ross wiecznie będzie u twojego boku? Aż taka naiwna jesteś?
- Może i jestem. - odpowiedziała i wyszła z kuchni.
  Sprzątała hol, gdy zadzwonił jej telefon w kieszeni spódnicy. Zdziwiła się gdy zobaczyła kto dzwoni.
- Gdzie pan jest do cholery?! - krzyknęła do słuchawki. Rozejrzała się, na szczęście cała reszta była w gabinetach.
- Ćśśś...- wybełkotał.
- Wszyscy pana szukają! - nie umiała opanować emocji. Od rana każdy szukał Lynch'a. Dzisiaj mieli rozprawę, a on gdzieś się włóczył.
- Cicho panno Marano.
- Pan jest pijany? - zapytała.
- Nie wiem, ale pokój wiruje.
- Czy pan oszalał?!
- Ćśśś...cicho sza. Cichoo! Cicho!
- Pan jest pijany mecenasie. - zaczęła się śmiać ze swojej niedoli. Teraz to na sto procent pójdzie siedzieć.
- Lauruś, kotku przyjedź do mnie. - wymruczał.
- Po cholerę mam do ciebie przyjeżdżać? Jak pan mógł mi to zrobić?!
- Lauruś przyjedź. - rozłączył się.
- Dupek. - powiedziała do siebie. Poszła do Mark'a i powiedziała, że źle się czuje. Udało się jej wyjść. Dwadzieścia minut później była już pod domem Lynch'a. Mieszkał w jednym z wieżowców, w centrum Los Angeles. Weszła do budynku, natychmiast została zatrzymana przez strażnika.
- Pani do kogo? - ten frajer nawet nie ukrywał pogardy.
- Ross Lynch. - mężczyzna zmierzył ją wzrokiem. Obawiała się, że jej nie wpuści.
- Penthouse. - odpowiedział i pokazał jej windy. Weszła do niej i wcisnęła guzik. Ratliff wspomniał, że Lynch ma kupę forsy. Drzwi windy rozsunęły się, a ona weszła do luksusowego mieszkania. Na pierwszy rzut oka rzuciła jej się szklana ściana, a raczej ogromne okno. No, ale była przecież w wieżowcu ze szkła. Rozciągała się stąd wspaniała panorama na centrum miasta. Mieszkanie było przestronne i jasne. Zauważyła schody prowadzące na górę. Weszła w głąb mieszkania. Po lewej znajdował się aneks kuchenny, na wprost salon. Podeszła do fortepianu i przesunęła palcami po jego klawiszach. Dom był piękny, luksusowy. Dzieła sztuki zdobiły ściany, jednak nie czuła się tu dobrze, temu miejscu brakowało duszy. Nagle zorientowała się, że krąży po obcym mieszkaniu. Musi znaleźć tego idiotę. Nie było go w kuchni ani w salonie. Wyjęła komórkę i zadzwoniła do niego. Dźwięk jego aparatu dobiegał z głębi mieszkania. Poszła za tym sygnałem. Przemierzyła salon i weszła na korytarz. W końcu znalazła blondyna na łóżku w jego sypialni. Miał na sobie tylko spodnie od piżamy. Przełknęła ślinę. Wyglądał zabójczo. Podeszła do niego, położyła dłoń na jego ramieniu. Natychmiast dostała napadu gorąca. Od dawna chciała go dotknąć, a teraz mogła to bezkarnie zrobić. Szarpnęła go, on jednak tylko przekręcił się na plecy. Teraz przed sobą miała jego nagi tors. Z trudem odciągnęła uwagę od ścieżynki, która ginęła w jego spodniach. Jeszcze raz nim potrząsnęła. Podniósł powieki, a na jego twarzy wykwitł seksowny uśmiech.
- Panna Marano. - wychrypiał. Był totalnie zalany.
- Czy pan zwariował? Ma mnie pan reprezentować na rozprawie,a jest pan zalany w trzy dupy. - warknęła.
- Tylko bez przekleństw.To nie moja wina. - odparł.
- A moja? Ducha Świętego? - wlała w te słowa tyle sarkazmu ile tylko mogła.
- Wczoraj ci popierdoleńcy wlali mi wódkę do butelek po wodzie mineralnej. - wskazał na butelkę stojącą na szafce. - Kurwa wpuścić ich tylko do mieszkania.
- Kogo? I pan o tym nie wiedział?
- Cicho! Nie wiedziałem. Przez godzinę próbowałem ich wyrzucić.
- Powie mi pewnie pan, że to były krasnoludki. - zadrwiła.
- Była pani blisko. To był pani fagas i jego kumpel, a mój brat.
- Co? Jaki "mój fagas"?
- Ko-cha-ny, ale gł- gł-upi Ratliff. - zaczęła się śmiać.
- Ale z pana kretyn. Nie poznał pan smaku wódki? Debil.
- Byłem z-zzz-aspany. - wydukał.
- Idiota.
- Dość tej rozmowy. - nim się zorientowała, leżała pod nim.
- Puść mnie. - syknęła.
- Och kochaniutka, nie tak prędko. Może i jestem pijany, ale pewne części mojego ciała są wystarczająco trzeźwe.
- Doprawdy? Trudno mi w to uwierzyć. - trzymał jej nadgarstki nad głową.
- Chcesz się kotku przekonać? - chciał już pociągnąć za gumkę swoich spodni, gdy zaczęła krzyczeć i się szarpać.
- Zadziorna jesteś. - uśmiechnął się pijacko.
- Masz szczęście, że nie dostałeś jeszcze po jajach. - warknęła.
- Wolałbym byś robiła z nimi coś innego.
- Pieprz się!
- Ok. Mogę pieprzyć ale ciebie. - zaniemówiła. Przestała się szarpać. On pochylił się i spojrzał na jej piersi.
- A co my tu mamy? - powiedział.
- Domyśl się. - spojrzał na nią uśmiechając się.
- Właśnie myślę. - zaczął rozpinać jej koszulę.
- Wątpię by to było możliwe.
- Więcej wiary panno Marano. Stęskniłem się za wami. - znowu gadał do jej piersi, ale idiota.
- Przestań się wygłupiać i mnie puść.
- Najpierw zrobię to. - pochylił się nad jej szyją. Czuła jego słodki, lekko alkoholowy zapach, jego oddech na jej szyi. Poczuła, że jego usta są coraz bliżej jej skóry, a nadgarstki mają więcej swobody. Wykorzystała ten moment i chwilę później to ona była na górze.
- Lubisz być na górze? Mnie to nie przeszkadza. - wybełkotał i położył dłonie na jej biodrach.
- Zabieraj te łapska Lynch. - podniosła się. Usłyszała jęk.
- No co?
- Myślałem że się zabawimy.
- Ubieraj się.
- Jestem pijany i według ciebie głupi. Myślisz, że dam radę się ubrać? - podjął próby wstania do pozycji siedzącej. Laura przewróciła oczami.
- Gdzie masz ubrania?
- Tam. - Lau weszła do garderoby, była większa niż jej salon. Wzięła pierwszy lepszy zestaw i wróciła do sypialni.
- To mi się podoba. Będziesz mnie ubie-rać. - jakimś cudem wstał i zaczął ściągać spodnie. Laura rzuciła mu bokserki i odwróciła się.
- Lauruś mam problem.
- Tak, jesteś pijany Ross.
- Musisz mi pomóc.
- Załóż bokserki, a pogadamy. - zapięła swoją koszulę.
- W tym problem. Nie dam rady... - odwróciła się i zobaczyła golusieńkiego Ross'a walczącego z bokserkami. Niestety zobaczyła również szczegóły, których nie chciała widzieć. Wzięła od niego bieliznę i uklękła przed nim. Lynch złapał się jej ramion.
- Możesz mi...
- Przestań! - musiała przyznać, że blondyn był mocno podniecony. Wstała i założyła mu skarpetki, potem spodnie, a następnie koszulę. Lynch wykorzystywał, każdą możliwą sytuację by ją obmacywać.
- Dobra jedziemy. - zawiązała krawat.
- Do ciebie? - wymruczał.
- Do sądu.
  - Jesteś wielki! - rzuciła mu się na szyję.
- Zabijesz mnie Lauro, Mówiłem przecież, że cię wyciągnę z tego gówna.
- Nie wiem jak to zrobiłeś, byłeś pijany, a jednak ci się udało! - była bardzo podekscytowana.
- Przegrałbym gdybyś mnie nie zaprowadziła do męskiego kibla i o mało nie utopiła w umywalce. - zaśmiał się.
- Musiałam coś zrobić. Początkowo gadałeś od rzeczy. 
- Myślisz, że sędzina zdziwiła się jak wróciłem na salę z mokrą głową?
- Wiesz ja się nie znam na tych waszych prawniczych zwyczajach, ale chyba była w lekkim szoku.
- Pierwszy raz klientka topiła mnie w umywalce, panno Marano.
- Pierwszy raz topiłam swojego prawnika w męskiej toalecie.
- Mogę cię o coś spytać?
- Jasne.
- Zostaniesz moją pierwszą przyjaciółką? - Laura zatrzymała się i spojrzała na niego. Widziała po nim ile trudu kosztowało go to pytanie.
- Jeśli skończysz się upijać i mnie obmacywać to tak. - uśmiechnęła się. On pochylił się nad jej uchem.
- Pierwsze mogę ci obiecać, z drugim zobaczę.
- Panie Lynch! - szturchnęła go.
- Dobra, a teraz mam ochotę na loda. A ty? - Lau oblała się rumieńcem.
- Zależy o jaki rodzaj loda ci chodzi. - wyszeptała. Czuła, że zaraz zapadnie się pod ziemię. 
- O zwykłą wanilię. Chodź. - wyszli razem z sądu.
***
Hejo miśki. Mamy siódmy rozdział. Mam nadzieję, że chociaż ciut was nim zaskoczyłam. Mówię od razu to nie ostatni raz gdy któryś z bohaterów jest pijany. W dziesiątym rozdziale czeka was dokładka xD W następnym rozdziale pojawią się dwie nowe postacie. Jesteście ciekawi kto to?
Do następnego♥
Pozdrawiam.
Delly Anastasia Lynch




Music

Template by Elmo