Strony

niedziela, 24 lipca 2016

Trailer 2 czyli małe co nieco ;)

- Kate...
- Nic nie mów. Po prostu odejdź. Póki masz czas. Póki co on się powstrzymuje, ale są silniejsi od niego, tacy których on słucha. Oni mają chrapkę na ciebie.
- Kto? Kate nie rozumiem o czym mówisz.
- Są ludzie, którzy chcieliby byś tajemniczo zniknęła, byś trafiła do kolekcji laleczek Rossa Lyncha. Nie mogę ci za dużo powiedzieć. Moje życie jest kurwa nic nie warte, ale chcę żyć. Uciekaj.
- Kate ja organizuje jego ślub. - Blondynka spojrzała na nią z przerażeniem.
- Sama kopiesz sobie mała grób. Jego demony cię zniszczą. Jeśli myślisz, że Ross to tylko trochę pogubiony facet, to jesteś kretynką. 
- To kim jest Ross Lynch? - zapytała Laura.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? - Laura spojrzała w oczy Kate. Ogarnęły ją wątpliwości czy chce znać odpowiedź na to pytanie.
- Właśnie Lauro.
- Jutro dowiesz się, że jestem martwa Laura. - Laura czuła gulę w gardle. Co takiego kryło się za tą śliczną fasadą Rossa Lyncha?
***
Znacie odpowiedź na to ostanie pytanie? Oto kolejna mała zapowiastka nowego rozdziału. Powiem tylko tyle będzie się dużo działo ;) poleje się krew i łzy
Wypatrujcie mnie na bloggerze. Delly wróciła do gry ;)



piątek, 22 lipca 2016

Rozdział osiemnasty - "Czas zapomnieć wczorajsze sny."

- Nie krzycz na mnie - powiedział powoli.
- Bo co? - chwilę później Laura była przyparta do ściany, czuł jak każda jej komórka ciała drży. Mógłby ją wziąć tu przy tej ścianie, ale był pewien że dalej jest dziewicą, a on nie chciał zabierać jej tego w ten sposób.
- Bo zaraz zawlokę cię do twojej sypialni i wypieprzę na podłodze, czy tego będziesz chciała czy nie. Gówno będą mnie obchodzić twoje protesty.
- Zgwałciłbyś mnie? - Ross pochylił się nad jej uchem.
- Uwierz mi robiłem gorsze rzeczy a zgwałcenie ciebie jak to nazywasz byłoby tylko dla mnie przyjemnością, gdyż marzy mi się to od dawna.
~*~
Oto mała zapowiedź nowego rozdziału. Jak myślicie co tym razem wymyśliłam? xD Będziecie czytać? :D



poniedziałek, 30 maja 2016

Rozdział siedemnasty - "Nie zostawiaj mnie, nie odchodź, ze mną bądź."

W poprzednim rozdziale:
Wyszedł z kancelarii. Biegiem ruszył do pobliskiego sklepu.
- Macie pierścionki zaręczynowe?
- Tak, proszę. - Kobieta pokazała mu witrynę z ową rzeczą. Mówiła mu o różnych rzeczach i zadawała głupie pytania. Szybko zdecydował. Zapłacił i wrócił do kancelarii. Podszedł do dziewczyny.
- Gdzie tak wybiegłeś? - zapytała. Ross klęknął na jedno kolana. Courtney wciągnęła ostro powietrze. Sięgnął do kieszeni i wyjął czerwone pudełeczko.
- Courtney zostaniesz moją żoną? - zapytał. Do oczu dziewczyny nabiegły łzy.
- Tak - odpowiedziała.

  Za oknem wstawał nowy dzień. Kolejny poranek, kolejny bez niego. Pamięta jakie pierwsze poranki były trudne, jak nie wstawała przez kilka dni z łóżka. Gdy wróciła z kancelarii z płaczem wylądowała w łóżku. Długo płakała, aż zasnęła. Ten cykl powtarzał się przez kolejne trzy dni. Wstawała tylko do łazienki. Nie jadła, nie piła tylko ryczała. Po trzech dniach Sophie dostała się do mieszkania, pomogła się jej wykąpać. Nie pytała co się stało. Po prostu koło niej chodziła. Zaczęła jeść po tygodniu. Vanessa była u niej kilka razy, ale to co się stało odsunęło siostry na zawsze. On zepsuł kolejną rzecz w jej życiu. W kancelarii wydawała się być wyzbyta z emocji, ale tak naprawdę trzęsła się ze strachu w środku. Nie chciała go stracić, ale nie widziała innego wyjścia. Nie miała z nim żadnego kontaktu. Zero. Nie dzwonił, nie przyszedł. Boleśnie zrozumiała, że to koniec. Po miesiącu wyszła z domu. Na zakupy z Sophie. Po półtorej miesiąca znalazła pracę jako opiekunka dziecka. Sophie znalazła jej tą robotę. Była jej wdzięczna, ale po tygodniu zrezygnowała. Znalazła pracę kelnerki. Pracowała tam miesiąc. Któregoś dnia siedząc przy porannej kawie, wzięła gazetę i zaczęła szukać. Wtedy trafiła do Jennifer. Zaczęła pracę jako jej asystentka. Od początku obie panie się bardzo polubiły. Jennifer była kobietą po trzydziestce. Młoda mężatka. Jednak mimo tak dużej różnicy wieku, dogadywały się. Nowa praca była czymś o czym od zawsze Lau marzyła. Nie czuła się już jak osoba drugiej kategorii. Już nie była tylko sprzątaczką. Teraz była asystentką konsultantki ślubnej. Czuła, że ma jakąś misję. Musiała dla każdej z tych kobiet, które przychodziły do Jenn zadbać by ten dzień był wyjątkowy. Uwielbiała śluby, więc ta praca dawała jej wiele radości. Wiedziała, że bierze na siebie zbyt wiele. Harowała od świtu do nocy, ale to po to by nie mieć czasu na myślenie. Gdy tylko była sama jej myśli wracały do niego. Co robi? Czy tęskni? Czy jest szczęśliwy? Czy osiągnął swój plan? Czy ją jeszcze pamięta? Wiele razy chciała pojechać pod kancelarię, ale zdawała sobie sprawę, że to błąd. Dopiero się jakoś poskładała od nowa, spotkanie go wszystko by zburzyło. Znów by była pod jego urokiem, a tego już nie chce. Nie chce nigdy więcej widzieć tego pana. To definitywny koniec. Zmarnowała blisko pół roku na Lyncha. Kochała go, a on posuwał inne. Była przy nim, a on był z innymi. Oddała mu serce, a on je poćwiartował na kawałki. Sophie namawiała ją na randki, jednak Lau czuła, że nie jest jeszcze gotowa. Czasami zadawała sobie pytanie: "Czy kiedykolwiek będę?". Ross był pierwszym, który zdobył jej serce, więc tak łatwo nie da się go usunąć z pamięci. Teraz po trzech miesiącach jej się to nie udało, więc czy uda się jej to za pół roku? Za rok? Za dziesięć lat? Nie wiedziała, ale jedno było pewne dostała od życia drugą szanse. Być może szczęście ją wreszcie odnajdzie. Może znajdzie jak to Ross mówił "swojego księcia z bajki". Liczyła na to. Patrzyła na te wszystkie kobiety idące do ołtarza i zazdrościła im. Miały kogoś, kto teoretycznie będzie z nimi do końca ich dni. Pragnęła takiej osoby. Chciała zacząć wszystko od nowa. Bez Rossa Lyncha. 
- Pora Lauro na kolejny dzień bez niego. Dasz radę - szepnęła i wstała z łóżka.
  Był wściekły. Siedział w salonie na ogromnej, skórzanej kanapie, palił cygaro i patrzył na piękne plaże Malibu za oknem. Jedna z transakcji się nie powiodła i stracił część towaru na granicy z Meksykiem. Debile, gdy tylko trochę odpuści oni popełniają błędy godne przedszkolaka. W tej branży nie ma miejsca na błędy. To niewybaczalne. Ci którzy je popełnili już zapłacili najwyższą cenę. Błąd przypłacili życiem. Taką już wyznawał zasadę. Ludzie, którzy byli mu podlegli musieli wiedzieć, że nie jest dobrym człowiekiem, musieli czuć do niego respekt. Wiele lat pracował na to imperium i teraz te robole tego mu nie zabiorą. Stworzył je sam i żył w nim sam. Nie wierzył w miłość. Tylko raz kochał i co? Ona wyszła za innego. Bogatszego. Wtedy poprzysiągł, że jeszcze całemu światu udowodni na co go stać. Odezwał się telefon. Powolnym ruchem sięgnął po słuchawkę.
- Tak? - powiedział głębokim głosem.
- Pani James do pana - odpowiedział mężczyzna po drugiej stronie.
- Wpuścić. - Odłożył słuchawkę z powrotem. Chwilę potem zobaczył ją. Jak zawsze piękna i powabna. Ubrana w czarną, obcisłą sukienkę i wysokie szpilki. Włosy miała przerzucone na jedno ramię. Każdy facet jej pragnął. Sajid też. Kilka razy się pieprzyli ale ona wolała Rossa. Wiedział to. Kiedyś mu to przeszkadzało ale teraz już nie. Helen była jaka była i nikt nie mógł się jej oprzeć. Do czasu. Helen pierwszy raz sparzyła się właśnie na Rossie. Pierwszy ją odrzucił i zaczął mieć inne. Nie powie, żeby urażona duma Helen go nie bawiła. Ross szanował ją, ale zawsze słuchał jego. Zawsze twierdziła, że lepiej że tak to się skończyło z Rossem bo łatwiej jest prowadzić interesy ale prawda była inna. Wiedziała o tym cała trójka.
- Witaj Sajidzie - powiedziała.
- Witam cię kochana. Jak zawsze piękna. - Wstał i ucałował jej dłoń.
- Dziękuję. Usiądziemy?
- Proszę. - Pokazał jej gestem kanapę. Usiedli.
- Napijesz się czegoś?
- Gdybyś uraczył mnie kieliszkiem wina byłoby dobrze. Miałam ciężki dzień - westchnęła.
- Już się robi. - Mężczyzna przywołał kamerdynera i wydał mu polecenie. Po chwili oboje raczyli się trunkiem.
- Wyjaśnisz mi jak to wszystko się stało? - zapytała.
- Gdy przekraczali granicę, zatrzymał ich służba graniczna.
- Jak to?
- Jechali zbyt szybko i próbowali ją przekroczyć w miejscu gdzie tego nie powinni robić.
- Nie zrobili jak zawsze?
- No właśnie kurwa nie. Nie zatankowali i chcieli skrócić trasę. Zatrzymała ich służba graniczna i wtedy rozpętało się piekło.
- Zatrzymano ich po stronie amerykańskiej?
- Niestety. Zaczęli strzelać. Wtedy straciliśmy jedną a drugą przechwyciła straż graniczna.
- A co z nimi?
- Jeden zginął na miejscu, a dwóch uciekło do Meksyku.
- I co teraz?
- Zaraz gdy zadzwonili, wysłałem Rossa by się tym zajął.
- Rozumiem, że kwestia tych dwóch została rozwiązana?
- Owszem Helen.
- A co z dziewczyną? Może zeznawać - powiedziała Helen.
- Wiem.
- Ciebie nie pogrąży, ale mnie i Rossa owszem.
- A widziała was?
- Rossa na pewno. Ja niby miałam maskę, gdy była u mnie ale i tak istnieje ryzyko. 
- Nie masz czym się martwić - powiedział Sajid.
- Zabiłeś ją zanim zaczęła zeznawać?
- Masz mnie za durnia Helen? - zapytał rozzłoszczony mężczyzna. - Zmarła w szpitalu. Nikt nie trafi na nasz trop.
- To dobrze. Nie wyobrażam sobie być w więzieniu.
- Histeryzujesz. Nigdzie nie wylądujesz. Powiedz lepiej co z Rossem. Kurwa jaki on ślub wymyślił?
- Żeni się z Courtney Eaton.
- Wiem. Był tu i gadał ze mną.
- To po co pytasz? - burknęła.
- Bo kurwa nie wiem o co chodzi. Najpierw ta sprzątaczka a teraz to. Nie zamierzam tracić najlepszego pracownika.
- On nie jest twoim pracownikiem Sajid - powiedziała.
- Co zrobiłaś?
- Co?
- Nie oszukujmy się. Znam cię tyle lat, że wiem, że maczałaś w tym palce - odpowiedział.
- Z Eaton to nie moja sprawka.
- A z sprzątaczką?
- Zapłaciłam jej by się odczepiła od Rossa. - Kobieta spuściła wzrok.
- Po chuj to zrobiłaś?
- Była niebezpieczna dla naszych interesów Sajidzie. Przy niej Ross zmieniał się i to nie tak jakbyśmy chcieli.
- Nie niańcz go Helen. To dorosły facet a ty wiecznie wpierdalasz mu się w życie.
- Jasne, ale gdyby ta siksa odkryła nasze interesy, to co? Powinieneś mi dziękować - fuknęła.
- Mhm tylko teraz on się hajta z tą kurwą, brawo Helen. - Kobieta się podniosła.
- Nie rozumiesz, że nawet jeśli, to Courtney jest mniej groźna dla nas niż Marano. Ross robi z nią co chce. Nigdy nas nie wsypie, ani nie spowoduje że on się wycofa.
- Obyś miała rację Helen. Obyś miała rację - rzekł Sajid.
  Stał przy oknie. Dziś niewiele się działo w kancelarii. W sumie od trzech miesięcy nic się nie działo. Odkąd ona odeszła. Gdy ją poznał miał ochotę sprać ją tak, by nauczyła się szacunku do niego, lecz potem...potem zauważył w niej kogoś więcej. Nie umiał tego nazwać. Przyjaciel? Chyba tak. Pod pyskatą i niezbyt piękną fasadą, krył się ktoś wyjątkowy. Wniosła do jego życia coś innego. Zmieniła trwającą od lat rutynę. Normalnie by na nią nie spojrzał, ale coś go w niej urzekło. Była inna od kobiet, które znał. Silna ale krucha. Stała się centrum jego świata. Była ważniejsza od zemsty, od Courtney i od interesów. Zrobiłby wszystko by usłyszeć jej śmiech. Wiedział, że na nią działa, że na pewno ją pociąga. Bawiło go to, i grał w tę chorą grę. Nie spodziewał się, że ona się zakocha. Tak nie wolno. Miłość jest zła. Tylko w filmach i książkach jest idealna. Nigdy nie kochał, tak był nauczony. "Gdy się zakochasz to okażesz słabość". On nie chciał być słaby. Jednak miał ochotę błagać ją by nie wychodziła wtedy z gabinetu. Nie mógł znieść myśli, że już więcej nie zobaczy jej w tym gabinecie, że nigdy się nie pojawi w kancelarii. To było nie do zniesienia. Myśl, że ona nie wróci. Łudził się jeszcze przez pierwszy miesiąc. Chciał jechać, prosić, zadzwonić. Wiedział jednak, że uczuć nie zmieni. On nigdy jej nie pokocha, a ona zasługuje na kogoś kto da jej wszystko. Co on mógłby jej dać? Pieniądze? Życie w luksusie? Dobry seks? Nic poza tym. Nigdy nie da jej tego czego ona pragnie czyli samego siebie.Teraz próbował żyć tak jakby nic się nie stało, ale sam siebie oszukiwał. Wciąż wspominał tamtą rozmowę.
- Chyba powinniśmy to wszytko wyjaśnić.
- A jest co? - Ross zauważył, że Laura mówi wszystko beznamiętnie. To nie było w jej stylu, zawsze była pełna emocji. A przed nim siedziała wyzbyta z uczuć 21-latka.
- Owszem. Pocałowaliśmy się i ty uciekłaś.
- I?
- Co i?
- I co z tego? Straciłeś kontrolę i mnie pocałowałeś, a potem tego żałowałeś. Przez weekend nie raczyłeś się odezwać.
- Chciałem. Uwierz Lauro, bardzo chciałem. Nawet byłem u ciebie pod mieszkaniem.
- To czemu nie wszedłeś?
- Bo to nie miało sensu - powiedział.
- Co nie miało sensu? Pocałowanie mnie czy próba wyjaśnienia wszystkiego?
- I tak byś mnie nie słuchała.
- Skąd ta pewność?
- Bo założyłaś już swój scenariusz i żadnego innego nie dopuścisz. - Laura westchnęła.
Nigdy nie widział jej takiej, bez uczuć. Jakby wszystko w niej umarło. To tylko potwierdzało jego słowa. Był potworem, od którego należy trzymać się z daleka. Laura podeszła za blisko i się sparzyła. Zniszczył kogoś kto był dla niego ważny. Zastanawiał się co u niej. Czy jest szczęśliwa, czy ma kogoś, czy ma pieniądze i gdzie pracuje? Był tak tego ciekaw, ale choć mógł nie zamierzał poznawać odpowiedzi.
- Lauro, tu nie ma co wyjaśniać. Pocałowaliśmy się, to była chwila słabości. Jednak między nami nic...
- Nie będzie. Wiem - dokończyła.
- Nie jestem tym za kogo mnie uważasz. Nigdy nim nie będę. Zasługujesz na kogoś kto cię pokocha, zaopiekuję się tobą. Ja ci tego nie dam.
- Szkoda, że się w tobie zakochałam - powiedziała z płaczem.
- Co? - Ross się poderwał.
- Kocham cię - szepnęła.
- Nie, nie nie! Kurwa nie! Lauro nie możesz.
- Wiem.
- Mnie się nie kocha, ja nikogo nie kocham.
Ciągle słyszał jej głos, każdej nocy i każdego dnia. Widział ją w snach i chciał by znowu tu siedziała przed nim, w tym gabinecie. Chciał spojrzeć w jej ciemne oczy, popatrzyć na jej drgające wargi i na jej ciało, które ogarnia pożądanie. Jednak jej już nie ma i nie wróci.
- O co prosisz? - zapytała.
- Zapomnijmy o tym i żyjmy dalej.
- Odchodzę - powiedziała i spojrzała mu w oczy.
- Nie Lauro, nie rób tego. Nie ze względu na mnie.
- Właśnie, że tak zrobię.
- Lauro, za co chcesz żyć?
- Poradzę sobie Ross. To nie twoja sprawa jak
- Tak będzie lepiej dla nas dwojga. Gramy w jakąś popieprzoną grę. Jedno zwodzi drugie. To chore. Nie możemy tego ciągnąć.
- Nie.
- Tak Ross. Muszę odejść. Byłam tu ze względu na ciebie, ale tak nie można. Nie mam już siły dalej to ciągnąć. To zbyt wiele mnie kosztuję.
- Chcesz ze mną zerwać wszystkie kontakty?
- Tak - powiedziała cicho.
- Czemu?
- Bo gdy będę miała z tobą kontakt to dalej będziemy ciągnąc tą grę. W ten sposób uwolnimy się.
- Chciałaś powiedzieć, że ty uwolnisz się ode mnie.
- Owszem Ross. Ja zacznę żyć wreszcie swoim życiem.
- Dla czego nie liczysz się z moim zdaniem? - zapytał.
- Za długo się z nim liczyłam. Teraz pora na mnie. Muszę odejść zanim ty mnie zniszczysz do końca.
- Niszczę cię?
- Tak, wysysasz ze mnie całe życie. Mam 21 lat i chcę żyć jak 21-latka. Przy tobie nie mogę.
- Czyli w ten sposób to postrzegasz. Nie chcę dać ci odejść.
- Tak tylko mówisz. Zanim minie dzień, zdążysz mnie zapomnieć.
- Ciebie? Nigdy.
- Wiem co mówię Ross. Nigdy nie byłam dla ciebie kimś ważnym. Zapomnisz mnie. 
Myliła się nie zapomniał jej. Laury Marano nie da się zapomnieć.
- Żegnaj Ross - szepnęła i opuściła kancelarię.

  - Lauro poczekaj! - Laura wychyliła się za futryny drzwi.
- Usiądź.
- Coś się stało? - Laura weszła do gabinetu.
- Nie coś ty. Tylko ile już jesteś godzin w pracy? - zapytała Jennifer.
- Ile? Jakieś 12 chyba. - Laura przysiadła na krześle.
- Jesteś moją najlepszą asystentką ale nie przesadzasz trochę? Nawet ja tyle nie siedzę w pracy a jestem szefową. - Jenn uśmiechnęła się do Laury. Laura westchnęła.
- Lubię tą pracę. Lubię tu przychodzić i pomagać.
- Wiem i bardzo to w tobie cenię Lauro, ale troszkę przesadzasz. Codziennie jesteś tu co najmniej 15 h. To za dużo skarbie. Nie masz życia prywatnego? Przyjaciół? Chłopaka?
- Jennifer nie chcę być nie miła ale to nie twoja sprawa. Jeśli jednak chcesz wiedzieć to nie jestem duszą towarzystwa. Mam jedną przyjaciółkę Sophie.
- Lauro widzę, że praca to tylko ucieczka. Co jest grane?
- Chodzi o faceta - mruknęła Laura.
- Mów.
- W poprzedniej pracy poznałam pewnego mężczyznę.
- I?
- I zakochałam się w nim. Nie od razu. Najpierw go nienawidziłam. 
- Czemu?
- Bo był zwykłym dupkiem. Pan, który wie wszystko najlepiej i wszystko chce kontrolować oraz ma się za lepszego. Jednak z czasem polubiłam go. Był nieziemsko przystojny więc...
- No mów! - powiedziała podekscytowana Jennifer.
- Zaczął mi się podobać, a potem się zakochałam.
- To czemu z nim nie jesteś?
- Bo on ma się za potwora.
- Co? - Jennifer spojrzała z troską na Lau. Dziewczyna siedziała zgarbiona na krześle, wpatrywała się w podłogę. Wszystko przed czym uciekała nagle do niej wróciło.
- To zbyt długa i skomplikowana historia. On po prostu nie potrafi mnie pokochać.
- Nie chce się ustatkować? To masz na myśli?
- Można tak to ująć. Ma poza tym dziewczynę.
- To nie rozumiem - odparła Jenn.
- Nie wiem czemu z nią jest, ale na pewno jej nie kocha.
- To smutne Lauro.
- Kocham go, ale co mam zrobić jeśli on mnie nie chce? - Laura spojrzała z łzami na Jennifer.
- Nic Lauro. Wiem, że to nie jest łatwe. Zawsze trudno jest odpuścić gdy kogoś się kocha, a on ma cię w dupie. Jednak do miłości nikogo nie zmusisz. To brutalne ale niestety takie jest życie. Kiedyś zjawi się ten jedyny. Jak u mnie Simon.
- Czuję, że nigdy nikogo nie pokocham.
- To pierwsza miłość?
- Tak.
- Ach to już rozumiem. Z pierwszą miłością najtrudniej jest się rozstać. Wiesz czemu? Bo to jest ktoś, kto pokazuje nam czym właśnie ona jest. Zjawia się i nic już potem nie jest takie same. 
- Czyli to nigdy nie minie?
- Co? - zapytała.
- Tęsknota i ból za nim.
- O pierwszej miłości się nie zapomina. Ból mija. Czas leczy rany ale tęsknota jeśli to było coś prawdziwego nie mija. Miałam kiedyś klientkę. Trzy lata chodziła ze swoim narzeczonym, więc ślub niczym dziwnym nie był. Gdy z nią rozmawiałam o wyborze obrusów ona wypaliła, że wcale nie wychodzi za tego faceta z miłości. Ponieważ w wieku 20 lat poznała pewnego chłopaka. Zakochała się na zabój. On ją ranił, a ona jak po kolejny cios wracała. Sama też nie była święta ale walczyła jak lwica o ten związek. W końcu on odszedł. Długo nie mogła się pogodzić, Poznawała kolejnych facetów i starała się żyć dalej. W końcu poznała tego faceta za którego miała wyjść. Widziała jak bardzo ją kocha i że nie zostawi jej jak ten pierwszy. Dlatego zdecydowała się na ślub ale nigdy go nie pokochała jak tamtego. 
- Mam nadzieję, że mnie to nie czeka.
- Oby Lauro. Nie zmienisz jednak przeznaczenia.
- Tęsknię za nim.
- Daj sobie czas. Naucz się żyć sama. Mam coś dla ciebie.
- Co? - Laura spojrzała na szefową.
- Dziś dostaniesz swojego pierwszego klienta. Już pora skończyć nauki i samej spróbować.
- Ale... ja... a jak coś schrzanię?
- Spokojnie będę nad tobą czuwać i kontrolować. Para przyjedzie jutro o czternastej.
Laura wyszła z pokoju podekscytowana. Jej życie nabiera tempa.
  - Witam Państwa. - Ross i Courtney weszli do gabinetu. Mężczyzna się rozejrzał. Ściany w kolorze pudrowego różu, jasne ale mosiężne biurko i mnóstwo kwiatów. Chyba nie zbyt dobrze zrobił dając wolną rękę Court. Mało go obchodziła kwestia jak jego ślub będzie wyglądać ale czego się nie zrobi by zniszczyć własnego ojca. Pamięta ich minę jak powiedział, że bierze ślub. Rydel do tej pory próbuje go odwieść od tego pomysłu, ale on wie że jest taką samą suką jak wszyscy w tej rodzinie. Boi się że Ross i ją wykiwa. Miał już plan jak wykończyć ich wszystkich po kolei. Teraz musiał tylko powoli go realizować. Sajid nie zbyt się ucieszył tym ślubem ale gdy Ross wyjawił mu plan pozwolił na ślub z Eaton.
- Usiądźcie. Ja nazywam się Jennifer Williams i jestem szefową tej firmy. 
- Ross Lynch i moja narzeczona Courtney Eaton.  - Para usiadła.
- Kiedy ślub?
- Za 4 miesiące - odparła Courtney.
- Ooo to mamy nie dużo czasu - Jenn spojrzała na nich z zakłopotaniem.
- Myślę, że z odpowiednią prowizją zdążycie - burknął Ross.
- Postaramy się - odparła Williams. - Macie wizję waszego ślubu?
- Courtney...- Dziewczyna pobladła i spojrzała na Rossa ten siedział niewzruszony.
- Ślub odbędzie się normalnie najpierw kościół a potem przyjęcie w restauracji.
- Chodziło mi czy macie jakiś motyw przewodni.
- Chciałabym by było jak najwięcej kwiatów. By było jak w bajce. - Kobiety pogrążyły się w rozmowie. Ross niezbyt uważnie słuchał. Zanotował w pamięci że ma być dostępny i że konsultantka ślubna resztą się zajmie.
- To nie pani będzie przygotowywać ślub? - zapytała zmartwiona narzeczona.
- Nie mamy nową konsultantkę i chcę by pokazała co potrafi.
- Naszym ślubem ma się zająć jakaś uczennica? - wtrącił ostro Ross. Jennifer się skuliła na krześle.
- Nie, zapewniam was, że ta kobieta wie co robi. Szkoliła się u mojego boku a poza tym będę czuwać by wszystko poszło zgodnie z planem. A teraz na moment przepraszam ale pójdę przekazać wszystko państwa konsultantce. Zaraz do was przyjdzie. 
Pani Williams wyszła. Ross spojrzał na siedzącą obok Courtney. Przygryzała  wargę.
- Za ten numer porządnie oberwiesz - Dziewczyna z przerażeniem spojrzała na blondyna.
- Ross...ja...nie wiedziałam. Mieli dobre recenzje - odpowiedziała błagalnym tonem.
- Gówno mnie obchodzi jakie mieli recenzje. Myślisz, że jak za mnie wyjdziesz to coś się zmieni? - Pochylił się nad jej uchem. - Odpowiem ci, że nie.
- Ross ja nie mam siły...
- To zabieraj się i wypieprzaj! - Ross wstał i podszedł do okna.
- Wiesz, że...
- Że albo ja, albo będzie jeszcze gorzej? Wiem. Dlatego mogę robić z tobą cokolwiek chcę.
- Robisz to ze względu na nią - szepnęła. Ross odwrócił się gwałtownie.
- Wiem, że robisz to bo nie możesz jej mieć. Dlatego przelewasz na mnie swój ból. Nigdy nią jednak nie będę.
- Jak wrócimy do domu to pożałujesz tych słów.
- Przepraszam Panie.
- To ci nic nie da - burknął Ross. W tym momencie drzwi się otworzyły i weszła pani Williams.
- Poznajcie, się to wasza organizatorka ślubna - Ross wytrzeszczył oczy. Courtney spojrzała zaskoczona. Nie mógł uwierzyć. Wszystko tylko nie to.
W drzwiach stała Laura.
***
Hejo! xD Po długiej przerwie wracam. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze będzie to czytać. Ten rozdział był dla mnie ogromnym wyczynem bo chłopak, którego szalenie kocham mnie zostawił więc przez kilka tygodni siedziałam i ryczałam ale postanowiłam zmusić się do pisania. Jak widzicie znów coś kombinuje i komplikuje. Dosłownie jak w moim życiu :( Czekam na wasze komentarze, może dacie mi trochę motywacji.
Do napisania.
Delly





sobota, 28 maja 2016

Ogłoszenie

Elo misiaki, zniknęłam na długo z bloggera ale postanowiłam wrócić. Wiecie studia i chłopak totalnie mnie pochłonęły ale wracam po sesji czyli po 16 czerwca. Najpierw pojawi się rozdział na kopciuszku a potem tu. Do napisania. Delly <3

środa, 17 lutego 2016

Rozdział szesnasty - "I zanim minie dzień, zapomnieć zdążysz mnie."

W poprzednim rozdziale:
- Ross najlepsze randki miałam z oszustem i gwałcicielem. Patrząc dzisiaj na Alexę i twojego brata uświadomiłam to sobie. Ja tak naprawdę też nie wiem co to miłość - wyrzuciła z siebie.
- Wiesz to ze ślubu mojego brata? - zapytał.
- Tak. Oni się tak cholernie kochają. Spójrz na nich. Przecież to widać, a ja miałam tylko beznadziejnego Harry'ego, który był ze mną tylko dla tego, że miałam mieszkanie i kasę od rodziców i oszusta, który chciał mnie zgwałcić. Ja nigdy nie doznam tego, co Alexa. - Nagle poczuła jego wargi na swoich. Ciepłe, miękkie nacierały na jej. Zmuszając by je otworzyła. Chwyciła go za kark, a on oplótł swoje ręce wokół jej talii. Przycisnął się do niej. Poczuła jego język, który natarczywie badał każdy zakątek jej ust. Smakował miętą i szklanką szampana, którą wypił na początku wesela. Nie chciała tego kończyć, wreszcie wie jak smakują te cudowne usta. Przez jej ciało przeszedł dreszcz. Przygryzł leciutko jej wargę, a ona jęknęła. Nigdy nikt jej tak nie całował. Ich oddechy mieszały się, aż stali się plątaniną ust, języków i rąk. Nagle usłyszeli krzyk. Oderwali się od siebie, Laura spojrzała na kobietę w białej sukni i mężczyznę w ślubnym garniturze. Spojrzała na Rossa, patrzył na nią tak jak się obawiała. Do jej oczu nabiegły łzy. Zerwała się z ławki.
- Laura!
Nie zatrzymywała się. Nie spodziewała się, że będzie ją gonić.










Siedział przy stoliku i ją obserwował. Była śliczna, taka jaką ją zapamiętał. Blond włosy, szczupła sylwetka. Zawsze miał wrażenie, że gdy Abby pojawia się gdzieś, wszystko wokół stawało się jaśniejsze. Nadal był wściekły. To co mu zrobiła nigdy nie przestanie boleć. Jednak musiał w pewnym stopniu się z tym pogodzić. Mieli Jacka. On był jego celem w życiu. Nie sądził, że rodzina jest tak ważna póki jej nie stracił. Tyle miesięcy wyjętych z życia jego syna. Wtedy zrozumiał, że w życiu nie liczy się pieniądz tylko miłość. Tak bardzo chciałby to odzyskać. Abby i syna, jednak wie, że ona nigdy do niego nie wróci. Przestała go kochać. Zdawał sobie sprawę, że to jego młodszy brat skradł jej serce. Abby nigdy się do tego nie przyzna, ale on wie. Wie, że tak jest. Ross nie tyle zabrał mu wszystko, co skradł serce jego żony. Spojrzał do góry. Przy stoliku stała Abby. Miała na sobie długą, różową sukienkę.
- Mogę? - pokazała na krzesło stojące obok, Riker kiwnął głową.
- Nie sądziłem, że przyjdziesz - powiedział. Abby uśmiechnęła się.
- Też tak myślałam - odparła.
- To co tu robisz? - zapytał, lecz po chwili tego żałował. Zabrzmiało to jak zarzut. Abby jednak uśmiechnęła się.
- Alexa bardzo nalegała. Poza tym bardzo lubię Rocky'ego.
- Taaa zawsze lubiłaś moich braci - powiedział, a Abby spuściła wzrok. Wiedziała do czego nawiązał.
- Przepraszam.
- Nie ma za co Riker. To, co ci zrobiłam było okrutne, zasługuję na takie traktowanie.
- Nie i przepraszam.
- Nic się nie stało.
- Stało. Jesteś matką mojego syna, nie mogę cię tak traktować.
- Ja potraktowałam cię znacznie gorzej.
- Owszem, nigdy tego ci nie wybaczę. - spojrzał w jej oczy.
- Wiem - szepnęła. - Ale tego nie żałuję.
- Czemu?
- Nie rozumiesz?
- Nie, nigdy tego nie zrozumiałem. Czemu mi to zrobiłaś?
- Wow sądziłam, że wiesz - powiedziała.
- Nie.
- Riker nasz związek był fikcją. Owszem kochałeś mnie, ale jak byliśmy na studiach. Potem...przestałeś. Nie chciałam długo w to wierzyć, ale jak urodził się Jack. Odsunąłeś się od nas.
- Nieprawda. Zawsze was kochałem. Starałem się wam zapewnić tylko godny byt.
- Nie Riker. Sam siebie okłamujesz. Już jak braliśmy ślub przestałeś mnie kochać.
- Nie.
- Tak, byłeś ze mną bo tak łatwiej. Nie wiem czy bałeś się samotności, ale teraz wiem, że mnie nie kochałeś. Potrzebowałam ciebie i twojej miłości a nie pieniędzy - powiedziała. Riker schował twarz w dłoniach. Te słowa tak go zabolały, raniły na całego.
- Naprawdę tak sądzisz? Że cię nie kochałem? Że nie kochałem Jacka? Byliście wszystkim co miałem.
- Byliśmy tylko wyobrażeniem twojej idealnej rodziny. Chciałeś nas bo pasowaliśmy do schematu idealnej rodziny. Ty młody prawnik, pracujący w renomowanej kancelarii, do tego młoda, piękna żona i syn. To właśnie kochałeś, nie nas.
- Przestań! - krzyknął. Kilku gości się na nich spojrzało.
- Nie, Riker. Ross ci nic nie zabrał. Winisz mnie, jego. Sam siebie jednak nie. Jesteśmy winni wszyscy, cała trójka. Ross tylko przyspieszył to, co było nieuniknione.
- Sądzisz, że byliśmy skazani na porażkę?
- Tak Riker. Tam gdzie kocha tylko jedna strona nie ma mowy o sukcesie. Gdyby nie Ross, byłby ktoś inny. Wiem, że to niczego nie usprawiedliwia ale zrozum, że gdy on się pojawił my byliśmy tylko na papierze.
- Tyle razy chciałem go zabić. Co ja gadam chciałem was oboje zatłuc. Tyle miesięcy spędziłem na tym, by tłumić w sobie tą nienawiść. Nienawidzę go. Nienawidzę ciebie.
- Przepraszam - szepnęła.
- Ale od dziś nienawidzę także siebie. Masz rację. Może nie do końca się chcę z tym zgodzić, ale sam poniekąd pozwoliłem ci odejść. Tak bardzo się skupiłem na ojcu i pracy, na tym by być kimś...
- Że zapomniałeś o nas.
- To nie znaczy jednak, że was nie kochałem. Kochałem. Nawet nie wiesz jak bardzo mnie to zabolało jak przyszłaś i powiedziałaś, że mnie z nim zdradziłaś. On jest i będzie szują, ale ty...Ty byłaś moim życiem, które po części sam sobie odebrałem.
- Riker stało się, to co się stało. Nie wyszło nam, ale życie niezależnie od Rossa toczy się dalej.
- Mamy Jacka.
- Właśnie. Żałuję, że przez tyle czasu ci utrudniałam z nim kontakt. Teraz widzę,  że to był błąd. On cię mocno kocha i wciąż pyta kiedy przyjdziesz. - Riker uśmiechnął się.
- Abby zacznijmy od nowa - szepnął.
- Zgoda - odpowiedziała.
 Wyszedł na zewnątrz. Nie cierpiał ślubów. Był świadkiem Rocky'ego ale to niczego nie zmieniało. Nie czuł po prostu atmosfery takich uroczystości. Dawno temu obiecał sobie, że nigdy w życiu się nie ożeni i póki, co dotrzymywał tej obietnicy. Był ciekaw gdzie zniknęła panna Marano. Miał ochotę zabić Rossa. Sprzątnął mu laskę sprzed nosa. Z paskudy zrobił to coś. Jakiś totalny plastik. Wiedział, że Ross zrobił to specjalnie.Wcale nie chodziło o Laurę, skądże chodziło by utrzeć nosa Ratliffowi. Udało mu się. Pamięta jak któregoś wieczora Ross pojawił się pod jego domem jak ten wychodził z samochodu. Pojawił się znikąd, cały w czerni.
- Ellingtonie. - usłyszał. Odwrócił się od samochodu i zamarł. Przed nim stała czarna postać z blond czupryną. Spodziewał się prędzej śmierci niż jego w garażu podziemnym. 
- Witaj Ross. Co tu robisz? - starał się to powiedzieć luźno i swobodnie ale czuł, że to nie jest koleżeńskie spotkanie, zwłaszcza gdy zobaczył skórzane rękawiczki na dłoniach blondyna.
- Powiedzmy, że byłem w okolicy i pomyślałem, że wpadnę do starego kumpla - powiedział Ross.
- Myślisz, że się na to nabiorę? Nie jesteśmy kumplami.
- Powiedziałem powiedzmy.
- Słyszałem, a co cię tu tak naprawdę sprowadza? Prędzej spodziewałem się śmierci niż ciebie tutaj. - Ross uśmiechnął się tajemniczo, po czym zbliżył się do bruneta.
- Ja i śmierć to jedno i to samo Ratliffie. 
-Tak? - wydukał brunet.
- Owszem. - Ross ścisnął bruneta za gardło i pchnął na filar.
- Lubisz takie sierotki, co?
- Nie wiem o czym mówisz.
- Lubisz takie kobiety jak Laura. Lubisz być panem sytuacji - wysyczał.
- O co ci chodzi do cholery?!
- Dlatego się koło niej kręcisz. Myślisz, że nie wiem co ty robisz z tymi dziewczynami?
- Spierdalaj. - Ross zacisnął mocniej dłoń na gardle Ella.
- Robisz z nich uległe, popierdoleńcu. Ostry seks? Mówiąc szczerze zaskoczyłeś mnie.
- Skąd, skąd o tym wiesz?
- Pamiętasz Britney?
- Ttaaak.
- Wyśpiewała wszystko.
- Czego chcesz?
- Zostawisz Laurę w spokoju.
- A jak nie będę tego chciał?
- Gówno mnie obchodzi czego chcesz. Jeśli nie zostawisz jej w spokoju, to wszyscy się dowiedzą prawdy o tobie. Mam coś co dawno temu zgubiłeś.
- Jak...jak to zdobyłeś?
- Ma się sposoby. Pamiętaj, że przede mną nic nie ukryjesz. Jeśli się nie zgodzisz to nie dość, że cię zniszczę, to znajdą cię martwego gdzieś w rzece. Jak to się mówi? A, nieszczęśliwy wypadek. - Ross uśmiechnął się.
- Zgoda, tylko mnie puść.
Potem Ross jak się pojawił tak i znikł, a Ellington odpuścił sobie Laurę. Miał ochotę się odegrać na tym sukinsynie, ale ten miał go w garści. Ell nie był głupi i wiedział, że Ross nie żartuje.  Podrapał się po szyi, jeszcze czuł ten ucisk. Zobaczył mężczyznę idącego z ogrodu, zapinającego koszulę i spodnie. Czekał chwilę, by ją zobaczyć, ale nie pojawiała się, Mógł to olać, jednak nie chciał by w razie co Alexa lub Rocky ją znaleźli. Poszedł w kierunku skąd szedł mężczyzna. Kawałek dalej, zobaczył ją leżącą na trawie. Podarte rajstopy, rozpięta sukienka i stanik. Nawet jej nie ogarnął. Leżała totalnie zalana.
- Super - powiedział mężczyzna i podszedł do blondynki. Trącił ją nogą, lecz nie reagowała. Trącił ja jeszcze raz, mruknęła coś. Pochylił się i zapiął jej ubranie, po czym wziął pod ramię i zaprowadził do parku.
- Nawet kurwa na ślubie brata musiałaś się schlać?
- Zzzostaw mnieee.
- Chciałabyś, ale nie pozwolę byś zepsuła Rocky'emu ślub. - Posadził ją na ławce.
- Siedź tu kurwa. - Pobiegł z powrotem na salę, nie wierzył w to, ale chciał prosić o pomoc Rossa. Rozejrzał się, ale nigdzie go nie widział. Podszedł do Rylanda.
- Gdzie Ross?
- Ross?
- Tak kurwa Ross.
- Nie wiem. Wyszedł gdzieś za tą sprzątaczką.
- Kurwa.
- Co chcesz od Rossa?
- Mam do niego sprawę.
- Do Rossa? - zapytał zdziwiony Ryland.
- Tak kurwa, do niego.
- Poszukaj go na zewnątrz.
- A gdzie jest Rocky?
- Poszli z Alexą na spacer.
- Na własnym weselu?
- No.
- Co tu się kurwa dzieje?
- Jest tylko Riker, siedzi przy stoliku. - Ellington obejrzał się i zobaczył blondyna z Abby.
- Z Abby?
- No. Może ja jakoś pomogę?
- Dzięki młody, dam sobie radę. - Ellington chwycił butelkę wody. Modlił się w duchu by Rydel gdzieś mu nie spierdoliła. Gdy wrócił zobaczył blondynkę leżącą przy ławce. Podniósł ja i posadził powrotem. Przechylił jej głowę i unieruchomił, po czym przyłożył jej butelkę do ust. Blondynka zaczęła się krztusić i próbować go odepchnąć.
- Pij suko - warknął. Gdy opróżnił butelkę, usiadł obok. Blondynka schowała twarz między kolanami. Siedzieli tak dłuższą chwilę. Rydel w pewnym momencie się zerwała i zwymiotowała.
- Brawo blond kurwiszonie, brawo - Ellington bił brawa i śmiał się. Blondynka spojrzała na niego z wściekłością i obtarła usta.
- Spierdalaj.
- Nawet na ślubie brata musisz się najebać do nieprzytomności i dać komuś dupy.
- Spierdalaj.
- Powinni z tobą zrobić porządek. - Rydel usiadła na ławce.
- Chciałbyś.
- Taką kurwę? Jasne.
- Odpierdol się.
- Ojciec powinien cię wydziedziczyć.
- Żebyś ty mógł zgarnąć moją część?
- Bardziej na nią zasługuję. - Rydel się roześmiała.
- Ty? Chciałbyś.
- To się jeszcze przekonasz. Zgarnę twoją część i Rossa. - Rydel znów wybuchnęła śmiechem.
- Rossa? Chyba postradałeś zmysły.
- Skądże. Mark chce was wyeliminować, więc mam szansę.
- Ze mną może i tak, ale z Rossem możesz tylko pomarzyć.
- To się jeszcze okaże ślicznotko.
- Jesteś pojebany Ratliff, z Rossem nie wygrasz. Jeśli tak myślisz to oszukujesz sam siebie.
- W życiu wszystko jest możliwe.
- Wracam na wesele, mam dosyć marnowania z tobą czasu - powiedziała.
   Padał deszcz. To dość dziwna pogoda jak na LA. Jednak to odpowiadało jej nastrojowi. Sophia mówiła, by dała temu spokój, że nic się nie stało, że lepiej teraz niż później. Gówno prawda. Nie wie co myślała. Że Ross po tym pocałunku się zmieni? Że zostawi Courtney i powie jej prawdę o sobie? Że będą żyć ze sobą długo i szczęśliwie? Ależ była głupia. Do końca łudziła się, że coś się zmieni. Jednak gdy zobaczyła jego reakcję na pocałunek wiedziała. On nigdy jej nie pokocha tak jak ona jego. Patrzył na nią tak jak się w głębi duszy obawiała. Z zawodem w oczach. Żałował tego co zrobił. Okazał uczucia, zrobił coś nieplanowanego, stracił kontrolę...nie chciał jej po prostu. Jeszcze Rocky i Alexa to widzieli. On i sprzątaczka. Milioner i taki ktoś jak ona. Prawnik i nikt. To nie  miało szans. Zrozumiała to. Tak długo się łudziła, żyła nadzieją, ale dla Rossa nic nie znaczyła. Mimo, że on był centrum jej świata. Kochała go ale nie była w stanie znieść tego zawodu w jego oczach. Uciekła. W doskonałej bajce, on by za nią pobiegł albo przynajmniej zadzwonił. Jednak nie w prawdziwym życiu. Tu jej nawet nie szukał. Nie raczył do niej zadzwonić, spróbować wyjaśnić to wszystko.  Miał ją w dupie. Usłyszała dzwonek do drzwi. Schowała wino i kieliszek. Poszła otworzyć. Wyjrzała przez wizjer i otworzyła drzwi. Stała tam kobieta koło 40. piękna, o południowej urodzie, długich, czarnych włosach i pięknej cerze. Miała na sobie drogie ubrania, czarny płaszcz i czarne kozaczki.
- Dzień dobry - powiedziała Lau.
- Witaj Lauro - odparła kobieta. Lau próbowała przypomnieć sobie kim ona jest.
- Yyy
- Spokojnie, nie znasz mnie.
- A pani mnie zna?
- Tylko ze słyszenia.
- Ze słyszenia?
- Wiem o tobie wystarczająco.
- Kim pani jest?
- Kimś kto zmieni twoje życie Lauro. Pozwól, że wejdę.  - Kobieta weszła do mieszkania i sama skierowała się do salonu. Usiadła na kanapie.
- Kawy, herbaty?
- Możesz schować tą grzeczność. Dziękuję. Nie przyszłam tu na kawkę. Mam inną sprawę.
- Jaką?
- Usiądź - rozkazała. Dziewczyna zajęła miejsce w fotelu.
- Kim pani jest?
- Helen James.
- Nie znam pani - powiedziała Lau.
- Wiem.
- Skąd pani mnie zna?
- Jestem przyjaciółką Rossa.  - Te słowa zawisły w powietrzu.
- Od łóżka? - Kobieta spojrzała na Lau z pogardą.
- Gdybym mogła cię dotknąć, to byś pożałował tych słów.
- Co ma pani na myśli?
- Lepiej byś nie wiedziała moja droga.
- On panią przysłał? - Kobieta uśmiechnęła się.
- Nie. Gdyby wiedział...nie dałby mi z tobą porozmawiać.
- To po co pani przyszła?
- Ach, ależ ty jesteś pyskata.
- Przyszła pani do mnie, wprosiła się i nie chce mi powiedzieć kim pani jest, a na dodatek śmie mnie pani pouczać i mi grozić?
- Nie wiesz z kim zadzierasz mała.
- Niech pani opuści mieszkanie.
-To wino dodaje ci odwagi? - zapytała Helen.
- Eee
- Tak też myślałam. Mam dla ciebie ofertę nie do odrzucenia.
- Mianowicie?
- Mnie i Rossa łączą pewne interesy - rzekła.
- Nie rozumiem co mi do tego - warknęła Laura.
- Wiedziałabyś gdybyś zamknęła na chwilę te piękne usteczka.
- Proszę. - Lau przewróciła oczami.
- Cóż przeszkadzasz nam w tych interesach.
- Ja?
- Tak ty. Odciągasz Rossa od tego co jest ważne.
- Skąd pani wie co jest dla niego ważne?
- Bo go znam złotko.
- Tak?
- Tak i wiem, że musisz zniknąć z jego życia.
- To raczej niemożliwe - powiedziała.
- Masz na myśli pracę? To da się zmienić.
- Niby czemu miałabym to zrobić?
- Bo po pierwsze praca sprzątaczki przy twojej inteligencji i wykształceniu jest hańbiąca. Po drugie jeśli tego nie zrobisz, to twoje życie stanie się piekłem. Za moją sprawą i Ross cię nie obroni.
- Mam rzucić pracę, ze względu na pani fanaberię?
- To nie fanaberię tylko poważna oferta. Chodzi o to, że go kochasz. - Lau spuściła głowę. - Takie jak ty zawsze się w nim zakochują. Masz duszę romantyka i liczysz, że Ross to twój książę z bajki. Powiem ci coś.
- Co?
- On nigdy nim nie będzie, bo nie zna pojęcia miłość. Potrafi jedynie się bawić takimi jak ty. Jest świetnym aktorem, i ciebie też nabrał. Nigdy nie będziesz z nim żyła długo i szczęśliwie. To nie ta bajka skarbie. Oszukujesz siebie i marnujesz swoje życie tkwiąc w kancelarii.
- I z dnia na dzień mam wszystko rzucić?
- To wolisz się dalej oszukiwać i być jego zabawką? - Te słowa uderzały w najczulsze jej punkty, we wszystkie obawy.
- Nie.
- Tak myślałam. Przeleję na twoje konto 5000$ byś miała za co żyć.
- Nie chcę pani pieniędzy - odpowiedziała Laura.
- Przemyśl to skarbie, przemyśl - odrzekła.

 Słyszał, że pojawiła się w końcu w kancelarii. Nie miał odwagi do niej zadzwonić. Wie, że powinien jej wyjaśnić, że to była tylko chwila słabości. Jednak czy ona to zrozumie? Nie wie, czemu chciała rozmawiać z Rydel. Przecież nie miały nic wspólnego. Był tchórzem, zamiast jej wszystko wyjaśnić pozwolił jej uciec. Nie rozumiał czemu to zrobił, to nie było w jego stylu. On zawsze miał wszystko pod kontrolą. Nagle ktoś zapukał.
- Proszę - warknął i odwrócił się od okna. Do gabinetu weszła Laura.
- Hej - powiedziała i spuściła głowę. Zaniepokoił go jej wygląd, przyzwyczaił się do eleganckiej Laury i ta wersja była inna od tego, co zazwyczaj widział.
- Witaj, usiądziesz? - Dziewczyna podeszła do biurka i usiadła na krześle. Ross zajął miejsce naprzeciw.
- Nie widziałem cię od soboty.
- Bo mało wychodziłam - odparła.
- Chyba powinniśmy to wszytko wyjaśnić.
- A jest co? - Ross zauważył, że Laura mówi wszystko beznamiętnie. To nie było w jej stylu, zawsze była pełna emocji. A przed nim siedziała wyzbyta z uczuć 21-latka.
- Owszem. Pocałowaliśmy się i ty uciekłaś.
- I?
- Co i?
- I co z tego? Straciłeś kontrolę i mnie pocałowałeś, a potem tego żałowałeś. Przez weekend nie raczyłeś się odezwać.
- Chciałem. Uwierz Lauro, bardzo chciałem. Nawet byłem u ciebie pod mieszkaniem.
- To czemu nie wszedłeś?
- Bo to nie miało sensu - powiedział.
- Co nie miało sensu? Pocałowanie mnie czy próba wyjaśnienia wszystkiego?
- I tak byś mnie nie słuchała.
- Skąd ta pewność?
- Bo założyłaś już swój scenariusz i żadnego innego nie dopuścisz. - Laura westchnęła.
- To słucham.
- Lauro, tu nie ma co wyjaśniać. Pocałowaliśmy się, to była chwila słabości. Jednak między nami nic...
- Nie będzie. Wiem - dokończyła.
- Nie jestem tym za kogo mnie uważasz. Nigdy nim nie będę. Zasługujesz na kogoś kto cię pokocha, zaopiekuję się tobą. Ja ci tego nie dam.
- Szkoda, że się w tobie zakochałam - powiedziała z płaczem.
- Co? - Ross się poderwał.
- Kocham cię - szepnęła.
- Nie, nie nie! Kurwa nie! Lauro nie możesz.
- Wiem.
- Mnie się nie kocha, ja nikogo nie kocham.
- A Courtney?
- Też.
- To czemu z nią jesteś?
- Bo...to nie twoja sprawa.
- Jasne.  Ty wiesz o mnie wszystko ja o tobie nic. Typowe dla ciebie.
- Lauro...
- Lubisz się tak mną bawić?
- Nie bawię się tobą - rzekł.
- Jasne.
- Lauro, proszę.
- O co prosisz? - zapytała.
- Zapomnijmy o tym i żyjmy dalej.
- Odchodzę - powiedziała i spojrzała mu w oczy.
- Nie Lauro, nie rób tego. Nie ze względu na mnie.
- Właśnie, że tak zrobię.
- Lauro, za co chcesz żyć?
- Poradzę sobie Ross. To nie twoja sprawa jak. Już rozmawiałam z Rydel.
- Z Rydel?
- Tak, przyjęła moje wymówienie.
- Kurwa.
- Mark też. Już tu nie pracuję.
- Lauro przemyśl to. Proszę.
- Tak będzie lepiej dla nas dwojga. Gramy w jakąś popieprzoną grę. Jedno zwodzi drugie. To chore. Nie możemy tego ciągnąć.
- Nie.
- Tak Ross. Muszę odejść. Byłam tu ze względu na ciebie, ale tak nie można. Nie mam już siły dalej to ciągnąć. To zbyt wiele mnie kosztuję.
- Chcesz ze mną zerwać wszystkie kontakty?
- Tak - powiedziała cicho.
- Czemu?
- Bo gdy będę miała z tobą kontakt to dalej będziemy ciągnąc tą grę. W ten sposób uwolnimy się.
- Chciałaś powiedzieć, że ty uwolnisz się ode mnie.
- Owszem Ross. Ja zacznę żyć wreszcie swoim życiem.
- Dla czego nie liczysz się z moim zdaniem? - zapytał.
- Za długo się z nim liczyłam. Teraz pora na mnie. Muszę odejść zanim ty mnie zniszczysz do końca.
- Niszczę cię?
- Tak, wysysasz ze mnie całe życie. Mam 21 lat i chcę żyć jak 21-latka. Przy tobie nie mogę.
- Czyli w ten sposób to postrzegasz. Nie chcę dać ci odejść.
- Tak tylko mówisz. Zanim minie dzień, zdążysz mnie zapomnieć.
- Ciebie? Nigdy.
- Wiem co mówię Ross. Nigdy nie byłam dla ciebie kimś ważnym. Zapomnisz mnie. - Do gabinetu weszła Courtney.
- Ross Mark zwołuje zebranie za 5 min.
- Dobrze. Zaraz przyjdę. - Courtney chwilę przyglądała się Laurze po czym wyszła. Laura podniosła się.
- Żegnaj Ross - szepnęła i opuściła kancelarię.
  - Moi drodzy - zaczął Mark. - Założyłem tą kancelarię wiele lat temu. Początkowo prowadziłem ją sam, a potem przybywał do niej kolejno każdy z was. Ostatnio wiele rozmawiałem z moją żoną. Tyle lat spędziłem tu, czasami kosztem własnego małżeństwa. Nie powiem, że ostatnio odczuwam coraz większe zmęczenie. Podjąłem decyzję o odejściu na emeryturę. Czas na was młodych. - Po sali rozległ się szmer.
- Każdy wie jednak, że kancelaria sama prowadzić się nie będzie. Długo myślałem kogo wyznaczyć następcą, jednak to trudne bo każdy w was wkłada tu mnóstwo pracy i serca. - Spojrzał na Rossa.
- Dlatego razem ze Stormie podjęliśmy decyzję, że kancelarię przejmie ten kto pierwszy założy rodzinę, czyli się ożeni lub wyjdzie za mąż.
- Czyli ja? - zapytał Rocky.
- Nie synu, ty od następnego miesiąca przechodzisz do prokuratury. Chodzi o całą resztę moich dzieci. - Ratliff chrząknął, a Rydel uśmiechnęła się. - Ten kto pierwszy założy rodzinę, czyli będzie miał żonę, Riker nie byłą żonę. - Ojciec uprzedził pytanie syna. - Dostanie kancelarię.
Ross stał  i przyglądał się tej bandzie przygłupów. Mark zaskoczył go tym posunięciem. Musiał szybko obmyślić plan. To niesamowita okazja, by zdobyć władzę i ich wykończyć. Mark sam dal mu okazję, teraz trzeba być szybszym od innych i tą okazję wykorzystać. Przyglądał się innym. Riker był jego głównym rywalem, ale nie miał nikogo. Abby do niego z pewnością nie wróci, o to Ross się postarał, a ten debil za byle kogo nie wyjdzie. Ratliff został przez samego Marka wykluczony z wyścigu. Rocky sam to zrobił. Ryland prędzej by umarł niż hajtnął się przed trzydziestką. Zostawała Rydel. Niby sprzymierzeniec, ale Ross wiedział, że płynie w niej krew Lynchów. Byłaby zdolna do tego by wyjść za kogokolwiek byle tylko mieć hajs, który przepije. Jego wzrok spoczął na Courtney. Wszyscy zaczęli się rozchodzić, ale on stał i się jej przyglądał. Musiałby przekonać Sajida ale to nie problem, odda mu ją tylko po to by Ross w ten sposób wspiął się bliżej celu. Wyszedł z kancelarii. Biegiem ruszył do pobliskiego sklepu.
- Macie pierścionki zaręczynowe?
- Tak, proszę. - Kobieta pokazała mu witrynę z ową rzeczą. Mówiła mu o różnych rzeczach i zadawała głupie pytania. Szybko zdecydował. Zapłacił i wrócił do kancelarii. Podszedł do dziewczyny.
- Gdzie tak wybiegłeś? - zapytała. Ross klęknął na jedno kolana. Courtney wciągnęła ostro powietrze. Sięgnął do kieszeni i wyjął czerwone pudełeczko.
- Courtney zostaniesz moją żoną? - zapytał. Do oczu dziewczyny nabiegły łzy.
- Tak - odpowiedziała.
***
Hej, cóż przepraszam za długą nieobecność, ale studia były ważniejsze. Sesja i całe mnóstwo egzaminów. Teraz jednak znalazłam trochę czasu i o to jestem. Wiem, że rozdział był bardzo wyczekiwany. Zwłaszcza po zakończeniu rozdziału 15. Wiele z Was było ciekaw czy Riker jakoś zareaguje na przyjście Abby na ślub. Postanowiłam spełnić Waszą prośbę, tak samo jak w przypadku Ratliffa. Ostatnio po pytaniu co się będzie działo w 16. rozdziale powiedziałam, że mam dla Was niespodziankę i że ktoś odejdzie a ktoś się zejdzie. Tak też proszę. xD Wiem, że zaraz pewnie część z Was będzie mnie chciała powiesić za to, co zrobiłam. Spodziewał się tego ktoś? hahah Spokojnie to nie ostatni rozdział :P. To dopiero połowa, ale tak jak mówiłam od tej pory wszystko się zmieni.
Jesteście ciekawi co będzie dalej? :P
Do zobaczenia.
Wasza Delly♥♥♥





poniedziałek, 4 stycznia 2016

Rozdział piętnasty - "Powinnam ci po prostu powiedzieć, abyś odszedł."

W poprzednim rozdziale:
- Kurwa, Laura. Gość cię o mało nie zgwałcił, a ty robisz mi awanturę o cholerny stanik! Co z tobą jest nie tak?!
- Ze mną? Co z tobą jest nie tak?! Nie wierzę, byś zdjął mi ten stanik, i nie podglądał! - Ross wybuchł śmiechem.
- Nawet jeśli podglądałem, to co?
- Dupek. Chory pojeb! - krzyknęła. Blondyn zanosił się od śmiechu.
- Jest pani stuknięta, panno Marano. - Chwilę milczeli, Laura jadła kanapki, a Ross się jej przyglądał.
- Dziękuję - szepnęła.
- Za co?
- Za to, że mnie uratowałeś.

Z dedykacją dla Roxy Osinskiej i Leny z aska.
Dziewczyny zasługujecie na tą dedykację ♥



Przeglądała szafę, musiała coś wybrać. Nie spodziewała się, że Rocky ją zaprosi. Tym bardziej, że Courtney nie zaprosił. Ross wydawał się być wcale niezaskoczony tym faktem. Był jak zawsze spokojny. Laura usiadła na łóżku i spojrzała na szafę. Po ostatnim incydencie znów zbliżyła się do Rossa. Zdawała sobie sprawę, że to ogromny błąd. Nie mogła jednak się powstrzymać. Tak strasznie chciała odkryć kim on jest naprawdę. Tyle sprzeczności, niełączących się faktów. Laura wiedziała, że gdzieś kryje się ta druga twarz. Raz opiekuńczy, za chwilę tyran. Ostatnimi czasy uważnie obserwowała Rossa i Courtney. Czuła, że między tą dwójką jest coś nie tak. On wcale nie patrzył na  nią jak by była najpiękniejszą istotą na ziemi, a ona się go raczej bała, jednak Lau zauważyła, że Court jest strasznie zakochana w blondynie. Jak ona sama. Nie powie, że to nie zabolało. Ross był facetem, którego takie kobiety jak one pożądały. Nic dziwnego, że obie się w nim zakochały. Rozmyślania Laury przerwał dzwonek do drzwi.
- Harry?
- Cześć Lauruś! - Brunet pocałował ją w policzek. Laura rozejrzała się po korytarzu.
- Co ty tu do cholery robisz?!
- Tak się cieszysz, że ukochany cię odwiedził?
- Jak widzisz - burknęła.
- Zawsze kochałem twoje poczucie humoru.
- Ty coś we mnie kochałeś? Chyba tylko moje mieszkanie. - Laura wybuchnęła śmiechem.
- Laura, wiem nawaliłem.
- I to jak. - Przewróciła oczami.
- Zmieniłem się.
- Na gorsze? - zapytała.
- Na lepsze. Popełniłem błąd i chcę to naprawić.
- W samą porę - burknęła.
- Lau jesteśmy dla siebie stworzeni. - Laura oparła się o futrynę i spojrzała na bruneta jak na wariata.
- Nie sądzę.
- Lau przecież wiem, że byłaś ze mną szczęśliwa. Pasujemy do siebie wręcz idealnie.
- To ty byłeś szczęśliwy, bo miał kto wokół ciebie skakać.
- Ty też byłaś, nie zaprzeczaj.
- Chyba jednak zaprzeczę, dobra długo zamierzasz marnować mój czas?
- Do końca naszych dni.
- O matko - jęknęła.
- Kochanie wróć do mnie.
- Za nic w świecie - powiedziała.
- No kochanie, nie daj się prosić.
- Harry spadaj. Jestem zajęta.
- Nie odejdę, nie popełnię już tego błędu.
- Czego się naćpałeś?
- Co? - Chłopak spojrzał na nią zdezorientowany.
- Pytam co brałeś, albo piłeś, bo bredzisz.
- Nic, Laura ja tak z miłości do ciebie.
- Hahahah o matko. - Lau otarła łzy. - Przestań bo ci szkodzi.
- Lau ja cię kocham! - chłopak padł na kolana. - Przygarnij mnie z powrotem.
- A ja cię nie kocham!
- Nieprawda, jesteśmy sobie przeznaczeni!
- Mówię ci, że nie! Chyba bym umarła gdyby tak było.
- Zobaczysz teraz już cię nie zostawię. Będę ci wierny jak pies.
- Ostatnim razem to udowodniłeś.
- Daj mi szansę, a się przekonasz.
- Harry idę dziś na wesele, nie mam czasu stać z tobą na klatce schodowej i gadać o pierdołach.
- Tak mówisz o naszej miłości?
- Miłości? Między nami nie ma żadnej miłości Harry. To ty sobie coś ubzdurałeś.
- Ja? Nie! Ja cię tylko kocham i chcę z tobą być, do końca naszych dni.
- Dobra, Harry ja idę. Pa.
- Laura! - Dziewczyna zamknęła drzwi.
  - Witaj Helen - rzekł.
- Witaj Sajid.
- Pięknie wyglądasz.
- Darujmy sobie te uprzejmości. - Kobieta usiadła przy biurku.
- Dobrze, napijesz się czegoś?
- Nie dziękuję.
- Co cię w takim razie do mnie sprowadza? - Mężczyzna usiadł naprzeciw niej.
- Ross - odpowiedziała i poprawiła włosy.
- A co z nim? Jakieś problemy z dostawą?
- Nie, podobno dostawa jest już w Meksyku. Nie sądzisz, że Ross powinien tam jechać? - zapytała.
- Niby po co? Meksyk to tylko postój. Wszystko co należało zrobić, zrobiliśmy w Los Angeles.
- Masz zaufanie do tamtych ludzi?
- Takie samo jak do Rossa. Oni tylko przygotują i przetransportują dostawę do Iranu.
- Kiedy tam dotrą?
- W przyszłym tygodniu. Gdy tylko klienci dostaną, to co chcą pieniądze wpłyną nam na konta.
- A co z Courtney?
- Ona jest Rossa, nieprawdaż?  Z tego co mówił nie jest gotowa.
- Obawiam się, że mamy problem. - Odrzuciła włosy do tyłu.
- Jaki?
- Ross chyba się za bardzo przywiązał.
- Do Eaton?
- Nie, jest ktoś inny. Zobacz. - Kobieta wyciągnęła zdjęcia i położyła je na biurku. Mężczyzna wziął i zaczął je przeglądać.
- Kto to?
- Laura Marano.
- Skąd to masz?
- Pewien detektyw miał u mnie przysługę do spełnienia.
- Kazałaś śledzić Rossa?
- Dziwnie się zachowuje. To przez tą kobietę. Ewidentnie ją chroni.
- Kim ona jest?
- Pracuje w kancelarii. Ross ciągle się koło niej kręci.
- Myślisz, że on...
- Się zakochał?
- Tak.
- Ross nie ma pojęcia co to miłość Sajidzie, nawet jeśli tak jest, on nie wie co czuje. Tak go przecież wyszkoliliśmy.
- Jednak masz obawy?
- Tak, ta dziewczyna jest sporo warta, a co ważniejsze najwidoczniej ufa Rossowi.
- Chcesz by on...
- Tak.
- Fakt, to cenny towar. Jak chcesz przekonać do tego pomysłu Rossa? On ma duszę wojownika. Łatwo go nie przekonasz.
- Ja nie. Owszem szanuje mnie, ale to ciebie się boi. To przez ciebie chce zabić Marka i Stormie. Jeśli mu to nakażesz wykona to.
- Sam nie wiem. 
- Pomyśl co będzie, jak ona uświadomi mu co czuje.
- To, co chcesz jej zrobić także może ich do siebie zbliżyć.
- Ja patrzę na zysk Sajidzie, a wiem, że w Iranie sporo by za nią dali.
- Tu masz rację droga Helen. Mam jednak nieodparte wrażenie, że wciąż jesteś zazdrosna o niego.
- Skąd ten pomysł?
- Bo wiem, że chciałabyś go mieć dla siebie - powiedział. Kobieta wstała.
- Jeśli Ross się wyłamie, pamiętaj, że cię ostrzegałam.
- Będę pamiętał  - powiedział.
  Chemiczny dym wypełniał jego płuca. Lubił to uczucie, gdy po całym ciele rozchodził się smak nikotyny. Wypuścił kłębek szarawego dymku. Obserwował jak dym rozchodzi się w powietrzu. Chciałby tak. Zniknąć i nie bawić się w to gówno. Obserwował panienki które wchodziły do kościoła. Jedna bardziej wytapetowana od drugiej. Od dawna żadna kobieta go nie interesowała tak jak Laura. Ona miała w sobie pewną naturalność, która go tak pociągała. Była dla niego narkotykiem. Wiedział, że się od niej uzależnił. Nie wyobrażał sobie by mogła zniknąć z jego życia. Przerażało go to, co czuł. Nie znał takich uczuć i był zdezorientowany. Nie cierpiał tracić kontrolę a Lau wprowadzała istny chaos w jego życiu.
- Dzień dobry Ross. - Odwrócił się po schodach wchodził Riker. Miał ochotę zmazać mu ten ironiczny uśmieszek.
- O Riker, a gdzie małżonka? - Twarz starszego blondyna spochmurniała.
- Skurwiel. Nie powinieneś być na tej uroczystości. - Ross się zaśmiał i przydeptał peta.
- Bo?
- Bo nie zasługujesz na nazwisko Lynch.
- A widzisz, jednak go noszę.
- I hańbisz, zakało. - Riker splunął pod buty Rossa. Ten tylko popatrzył na niego z wyższością i włożył ręce do kieszeni.
- Taka czcza gadanina mnie nie rusza Riker, po tylu latach powinieneś to wiedzieć - powiedział spokojnie.
- Jesteś pojebem, ojciec powinien już dawno cię wywalić z kancelarii! Nie masz za grosz wstydu, po tym co dla ciebie zrobili! Powinieneś całować jego stopy, a ty chuju zatruwasz nam życie.
- Póki co to wy całujecie moje stopy.
- Ty skurwysynu! - Riker zamachnął się pięścią, lecz Ross zablokował cios.
- Chyba nie chcesz psuć ślubu naszego braciszka? - syknął. Riker oprzytomniał. Poprawił marynarkę i ukłonił się towarzystwu przechodzącemu obok.
- Masz rację nie zniżę się do twojego poziomu.
- Szkoda, jestem wielce zawiedziony - odpowiedział Ross.
- Alexę też zaliczysz?
- Jak twoją żonę? Może.
- Chory pojeb.
- Być może. Nie będę się kłócił.
- Jak możesz tak żyć? Ze świadomością, że niszczysz rodzinie życie?
- Jakoś mogę. Dziękuję za troskę Riker, ale naprawdę dobrze sypiam. - Uśmiechnął się ironicznie.
- Obyś się smażył w piekle Ross - syknął.
- Będę czekał tam na ciebie.
- Jesteś skurwielem.
- Powtarzasz się Riker. To już słyszałem.
- I dobrze, bo zniszczyłeś moje życie!
- Nie miałeś żadnego życia. Myślisz, że długo kusiłem Abby? Sama przyszła. - Riker zacisnął dłonie w pięści.
- Masz czelność!
- Sam mówiłeś, że nie mam wstydu.
- Jesteś szatanem.
- Owszem, najgorszym twoim koszmarem - powiedział.
- Masz rację nikt mi tak nie zatruwa życia jak ty Ross.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedział.
- Życzę ci wszystkiego najgorszego.
- Wzajemnie.
  Wszedł do kościoła. Usiadł w ostatniej ławce. Mogli mówić co chcą, on nie będzie siedział w pierwszej ławce z rodziną. Źle się tu czuł. To nie było miejsce do którego pasował. Wręcz przeciwnie, losy przeszłości sprawiały, że czuł się tu wyjątkowo nieswojo. Nigdy religia nie zajmowała w jego życiu ważnego miejsca. Gdyby było inaczej nie byłby takim skurwysynem. Spojrzał na Rikera, który siedział z resztą familii. Przysiągł sobie i Sajidowi, że ich zniszczy. Niech Bóg mu będzie świadkiem, że tak będzie. Jego uwagę przykuła pewna blondynka. Siedziała kilka ławek przed nim. Abby. Nie wierzył, że przyszła. Miała trzymać się z daleka, a ona bezczelnie przychodzi na ślub jego brata. Cóż, ma powód by ją zniszczyć jak chciał od samego początku.Zastanawiał się co by bardziej zabolało brata. Popadnięcie na dno jego byłej, czy może śmierć jej i dziecka. Ross nie miał w zwyczaju zabijać dzieci. Brzydził się tego. Mógłby jednak szepnąć słówko Helen i Sajidowi. Może jakieś porwanie? Zarobiłby na nieszczęściu Abby i Rikera. Rozejrzał się po kościele. Od razu rozpoznał styl gotycki. Duży, strzelisty kościół, o pięknych witrażach, które rzucały kolorowe poświaty na całe wnętrze. Jego uwadze nie umknęły freski na suficie. Zadziwiająco piękne. Rzadko widział coś takiego. Ławki powoli się wypełniały. On wzrokiem szukał tylko jednej osoby. W końcu ją zobaczył. Miał wrażenie, że jego świat stał się nieco jaśniejszy. Zawsze się tak działo, gdy Laura się pojawiała. Stała i rozglądała się chwilę. Wiedział, że szuka jego. Cieszyło go to niesamowicie. Zauważył, że kilku kolesi się na nią gapi. Miał ochotę im oczy wydrapać. W końcu odszukała go wzrokiem. Chwilę patrzyli na siebie, po czym Laura się uśmiechnęła. Coś w jego skamieniałym sercu drgnęło.
- Cześć Ross - powiedziała siadając koło niego.
- Witaj Lauro - odpowiedział.
- Jak zawsze oficjalny.
- Taki już jestem - mruknął.
- Czemu siedzisz w ostatniej ławce?
- Dobrze wiesz czemu.
- Aha. Czyli ślub brata niczego nie zmienia?
- Nie. Nie drąż tego tematu Lauro.
- Dobrze. - Chwilę oboje milczeli.
- Lubisz śluby? - zapytał.
- Uwielbiam - odpowiedziała z zachwytem.
- Czemu?
- Bo to piękna uroczystość. Dwoje ludzi przysięga sobie miłość do końca swoich dni.
- Serio w  to wierzysz?
- Tak. Jeśli pytasz czy wierzę w miłość, to owszem. A ty nie?
- Ja...
- Rozumiem. Ty nie masz pojęcia co to jest - szepnęła, do jej oczu nabiegły łzy. Wiedziała, że coś złego musiało go spotkać. Każdy w życiu zaznał chociaż krzty miłości.
- Tak Lauro. Mówiłem ci, że nie mam serca.
- Masz! - zaprotestowała.
- Nie Lauro. Skończmy ten temat.
- Wiem, że masz Ross. Potrafisz kochać ale musisz kogoś wpuścić do tego swojego małego świata i najważniejsze uwierzyć w siebie - powiedziała. Ross przyglądał się jej chwilę, analizował jej słowa. Czy mogła mieć rację? Czy gdy się otworzy ciemność, go totalnie nie zabije?
- Mówisz tak bo mnie nie znasz.
- Masz rację! Nie znam cię! Tak naprawdę to nic o tobie do cholery nie wiem - wycedziła.
- Lauro, tak jest lepiej.
- Dla kogo? - zapytała ostro.
- Dla ciebie. Gdybyś mnie poznała, twoje życie byłoby skończone. - Oboje zamilkli. Ona nie rozumiała, co na nim ciąży. Jak bardzo zepsuty i zły jest. Laura po prostu nic nie rozumiała.
- Co najbardziej lubisz w ślubach? - zapytał. Laura popatrzyła na niego jak na wariata, a potem spojrzała na Rocky'ego stojącego jak palant przy ołtarzu.
- Najbardziej lubię moment jak panna młoda wchodzi do kościoła.
- Czemu?
- Bo wtedy, gdy patrzę na młodego to widzę jak bardzo ją kocha. Pełen zachwyt, bo zobaczył swoją ukochaną. A ty?
- Ja nie mam niczego takiego.
- Musisz mieć.
- Nie, to drugi ślub na jakim jestem.
- Serio?
- Tak.
- A ten poprzedni
- Był Rikera - dodał.
- O. - Laura spuściła głowę.
- Widzisz tamtą blondynkę? - zapytał.
- Tą w różowej sukience?
- Tak.
- Widzę.
- To Abby. - Laura spojrzała na niego przerażona.
- Ta Abby?
- Była żona Rikera.
- Wow - powiedziała Lau. - Mam pytanie.
- Wiedziałem, że się zacznie - jęknął.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Co?
- Zniszczyłeś ich małżeństwo. - Ross spojrzał na Abby.
- Nie ja go zniszczyłem. Sami to zrobili. Ja im to tylko ułatwiłem.
- Czemu?
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Tak. - Pokiwała głową.
- Poznali się na studiach. Wielka pierdolona miłość. Ojciec się cieszył, że Riker wybrał laskę z dobrego domu. Riker się jeszcze uczył gdy się pobrali. Rodzice kupili im dom za miastem. Idylla. Było cudownie i słodko póki nie urodziło się dziecko. Gdy była w ciąży skakał koło niej jak wariat. Ojciec, który prowadził do tej pory kancelarię sam postanowił zatrudnić syna. Urodził się Jack. Riker rzucił się w wir pracy, bo chciał zaimponować ojcu. Abby czuła się...
- Odrzucona - dodała Laura.
- Tak. Wiesz po ciąży nie czuła się tak kobieco i ...
- Seksownie.
- Tak. Młoda żona zostaje całymi dniami z dzieckiem. To nie mogło się dobrze skończyć. Gdyby nie ja, poszłaby do łóżka z kim innym. Listonoszem, sąsiadem albo jakimś innym facetem.
- Padło jednak na ciebie - mruknęła.
- Ojciec przynajmniej raz w życiu mi coś ułatwił. Zagadałem do niej podczas jednej z imprez rodzinnych. Potem na rodzinnych obiadach. Zaczęła mi się zwierzać.
- I ufać.
- Tak. Dałem jej swój numer. Gdy Riker nie miał dla niej czasu ja bawiłem się w dobrego przyjaciela.
- Riker niczego nie zauważył? - Ross się zaśmiał.
- Nie. Nawet się cieszył, że ktoś się zajmuje jego żonką. Przyszła pewnego wieczora. Pokłóciła się z nim. Chyba o pracę. Dałem jej wino. Siedzieliśmy na kanapie. Słuchałem jej narzekania i ją w końcu pocałowałem. Potem poszło łatwo. Łóżko, seks, a potem kolejne spotkania.
- Długo to trwało?
- Ze trzy, cztery miesiące.
- Dlaczego to przerwałeś?
- Nie wiesz? Zażądała od niego rozwodu, obił nieco mi gębę. Myślała, że wyjdę za nią.
- Myliła się.
- I to jak. - Uroczystość właśnie się zaczęła. Do kościoła weszła Alexa. Ross spojrzał na brata. Chciał zobaczyć czy Laura mówi prawdę.
  Chodziła po pięknym ogrodzie. Rocky urządził wesele w jakimś pałacyku. Sala była piękna, urządzona wystawnie i z rozmachem. Mnóstwo kwiatów, wszystko ustrojone w bieli i różu. Wykwintne jedzenie i wspaniała orkiestra. Alexa bardzo się starała i wyszło jej to naprawdę dobrze. Kompleks posiadał piękny ogród i park. Laura poszła się przejść. Nikogo tu zbytnio nie znała, a jako sprzątaczka źle czuła się w takim luksusie. Wychodząc zatrzymała się bo zobaczyła Rydel. Bzykała się z jakimś gościem. Już na ślubie było mocno wstawiona. Lau poszła dalej. Myślała o Rockym i Alexie. Zazdrościła im. Gdy patrzyła na nich widziała prawdziwą miłość. Byli tacy szczęśliwi. Ona też tego pragnęła, ale jej książę nigdy nie stanie na ślubnym kobiercu. Był raczej mrocznym rycerzem niż księciem z bajki. Miłość do niego nie skończy się happy endem. Nie ma nawet najmniejszej wątpliwości. Czy skończy jak Rydel? Poraniona i wiecznie zalana, bzykająca się z przypadkowymi facetami. Cierpła jej skóra na samą myśl. Zbyt często wyobrażała sobie, że pokona mur jakim się Ross otoczył i ciemność go otaczającą. Zbyt często zakładała dla nich szczęśliwe zakończenie. Zbyt często wmawiała sobie, że jest dla niego wyjątkowa. Teraz za to płaci. Dała wedrzeć się temu blondynowi do jej świata i totalnie go zburzyć. Powinna się ratować, póki żyje.
- O czym myślisz? - zapytał. Laura podskoczyła i odwróciła się.
- Ross. O matko wystraszyłeś mnie.
- Nie chciałem.  - Usiadł na ławce. Laura dołączyła do niego.
- Czemu wyszedłeś?
- Bo cię nie było - odpowiedział.
- Musiałam się przejść.
- Ja też.
- Bo ja wyszłam?
- Martwiłem się.
- O mnie?
- Tak - odpowiedział.
- Nic mi nie jest.
- Jesteśmy za miastem, nie znasz tu nikogo i nie znasz tej okolicy. Mogło ci się coś stać.
- Dramatyzujesz - warknęła.
- Coś cię gryzie Lauro. Powiedz. - Spojrzała na niego. Miał to spojrzenie nie znoszące sprzeciwu.
- Bo, cała to sytuacja. Randki z Goslingiem a teraz ślub Alexy i Rocky'ego. Uświadomiły mi, że tak naprawdę to nic nie wiem.
- Nie rozumiem, co ma do tego ten pierdolony oszust? I czego nie wiesz?
- Ross najlepsze randki miałam z oszustem i gwałcicielem. Patrząc dzisiaj na Alexę i twojego brata uświadomiłam to sobie. Ja tak naprawdę też nie wiem co to miłość - wyrzuciła z siebie.
- Wiesz to ze ślubu mojego brata? - zapytał.
- Tak. Oni się tak cholernie kochają. Spójrz na nich. Przecież to widać, a ja miałam tylko beznadziejnego Harry'ego, który był ze mną tylko dla tego, że miałam mieszkanie i kasę od rodziców i oszusta, który chciał mnie zgwałcić. Ja nigdy nie doznam tego, co Alexa. - Nagle poczuła jego wargi na swoich. Ciepłe, miękkie nacierały na jej. Zmuszając by je otworzyła. Chwyciła go za kark, a on oplótł swoje ręce wokół jej talii. Przycisnął się do niej. Poczuła jego język, który natarczywie badał każdy zakątek jej ust. Smakował miętą i szklanką szampana, którą wypił na początku wesela. Nie chciała tego kończyć, wreszcie wie jak smakują te cudowne usta. Przez jej ciało przeszedł dreszcz. Przygryzł leciutko jej wargę, a ona jęknęła. Nigdy nikt jej tak nie całował. Ich oddechy mieszały się, aż stali się plątaniną ust, języków i rąk. Nagle usłyszeli krzyk. Oderwali się od siebie, Laura spojrzała na kobietę w białej sukni i mężczyznę w ślubnym garniturze. Spojrzała na Rossa, patrzył na nią tak jak się obawiała. Do jej oczu nabiegły łzy. Zerwała się z ławki.
- Laura!
Nie zatrzymywała się. Nie spodziewała się, że będzie ją gonić.
***
Hej! Witajcie w 2016 roku! Mamy kolejny rok i kolejny rozdział. Jesteśmy już w połowie historii. Ten rozdział wszystko zmienia, przekonacie się w 16 rozdziale. Mamy pierwszy pocałunek Raury. Uwierzycie? Trzymałam Was przez 15 rozdziałów bez pocałunków i scenek +18. Hahah niedługo doczekacie się i tego drugiego, ale najpierw coś czego się nie będziecie spodziewać. Mówiąc szczerze to już się boję o Waszą reakcję, na mój pomysł.
Do następnego ;)
Delly Anastasia Lynch





Music

Template by Elmo